Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Wywiad ze Stefanem Dardą (2013)

Shadock

Stefana Dardy nikomu przedstawiać nie trzeba. To jeden z najpopularniejszych i najbardziej uznawanych autorów polskiej literatury grozy. Dowodem na to niech będzie chociażby zdobyta niedawno statuetka Nautilusa za powieść „Bisy”. O tej, ale i o innych nagrodach, o grozie, horrorze i nie tylko miałem okazję porozmawiać z pisarzem na zakończenie roku.


HO: Witaj, Stefanie! Miałem zacząć od innego pytania, ale skoro już jest o tym głośno i jawnie, to gratuluję Nautilusa! Nie zakręci się Ci w głowie od tych nagród?


Stefan Darda: Dziękuję za gratulacje. Największą nagrodą dla mnie jest przychylna opinia Czytelników na temat mojej twórczości, a ponieważ dotychczasowe wyróżnienia i nominacje związane były przeważnie z plebiscytami czytelniczymi, to zarówno moja radość jest wielka, jak i motywacja do dalszej wytężonej pracy nad kolejnymi tekstami wciąż pozostaje na wysokim poziomie. Pisarstwo, które nie trafia w gusta odbiorców nie ma w moim przekonaniu większego sensu - miło mi więc, że otrzymuję tego typu miłe niespodzianki, jak ostatnio statuetka Nautilusa.


Przyznasz jednak, że w ostatnich czasach atmosfera wokół nagród związanych z fantastyką, takich jak Zajdel czy Nautilus właśnie, stała się lekko mówiąc nieświeża... Krótko mówiąc, nie pachnie tam ładnie.


Z przykrością przyznaję Ci rację. Wydawałoby się, że coś takiego jak nagroda literacka powinno być wolne od wszelkiego rodzaju kwasów, ale, niestety, tak nie jest. Mam wrażenie, że doszło nawet do tego, iż niektórzy autorzy wręcz boją się nominacji swoich utworów, bo natychmiast gdy taka nominacja ma miejsce, to natychmiast na forach, blogach, portalach, Facebooku itd. pojawia się fala krytyki - przeważnie mało merytorycznej, pojawiają się podejrzenia o stosowanie nieczystych zagrań, na autorów wylewane są wiadra pomyj. Z kulturą, której przejawem powinny być tego typu plebiscyty, ma to niewiele wspólnego. Krytykanci łatwo pomijają oczywisty fakt, że są różne czytelnicze gusta (które niekoniecznie muszą być zbieżne z ich preferencjami), bardzo często zapominają też, że sami mogli wziąć udział w głosowaniu i w ten sposób próbować werdykt innych czytelników odmienić. Mam nadzieję, że konstytuująca się właśnie Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego będzie wyróżnieniem mniej podatnym na tego typu zagrożenia, choć nieprzyjemnych sytuacji w stu procentach zapewne wyeliminować się nie uda.


No właśnie, Nagroda im. Grabińskiego. Może zechcesz uchylić nieco rąbka tajemnicy? Ta nagroda, zasadniczo jeszcze nie istniejąca, już zdążyła podzielić środowisko miłośników grozy. Czy to nie jest troszkę żenujące, że ta polska kłótliwość i zawiść wychodzi z nas nawet w takich momentach i zamiast tworzyć coś razem, rzucamy sobie kłody pod nogi?


Niedawno odbył się pierwszy KFASON, czyli Krakowski Festiwal Amatorów Strachu Obrzydzenia i Niepokoju. Organizatorem imprezy była Biblioteka Wojewódzka w Krakowie, na której zaproszenie w Artetece przy Rajskiej pojawiło się wielu polskich twórców związanych z szeroko pojętą grozą. Tak się złożyło, że już ponad rok temu grupa polskich pisarzy horroru postanowiła rozpocząć prace koncepcyjne nad ukonstytuowaniem nagrody literackiej poświęconej temu właśnie gatunkowi. W roku 2013 okazało się, że jest to pomysł, nad którym równocześnie zastanawia się większa ilość osób, więc trzeba było zacząć działać. Odbywający się w budynku Biblioteki Wojewódzkiej KFASON idealnie nadawał się do ogłoszenia informacji, że w roku 2014 zostanie po raz pierwszy wręczona nagroda związana z polską grozą - Nagroda im. Grabińskiego. Jej regulamin rodził się w bólach, niemniej jednak udało się wreszcie opracować taką jego wersję, która byłaby możliwa do zaakceptowania przez niemal wszystkie uczestniczących w pracach osoby. Przyjęto zasadę, iż nominować do tego wyróżnienia będą polscy twórcy grozy (wstępna lista Kapituły liczy ponad siedemdziesiąt nazwisk, więc już samo to świadczy o sile tego gatunku w Polsce), a w ostatecznym głosowaniu będą uczestniczyć zarówno autorzy, jak i Czytelnicy (będą przyznawane przez nich odrębne wyróżnienia). Oczywiście - jak można się było spodziewać, głosy krytyczne pojawiły się jeszcze przez publikacją Regulaminu Nagrody, później także ich nie brakowało, niemniej jednak wydaje się, że to jest margines ryzyka wliczony w tego typu przedsięwzięcie. Nie od dziś wiadomo, że najłatwiej jest krytykować, niż zrobić cokolwiek. Osobiście daję tej inicjatywie duże szanse na powodzenie. Jest w Polsce grupa osób, którym zależy na rozwoju i zwiększeniu popularności polskiej literatury grozy, a rynek wydawniczy wreszcie powinien usłyszeć silny głos, że niedocenianie tak licznego i różnorodnego środowiska jest po prostu błędem.

Śledzisz to co się dzieje na naszym rynku? Czytujesz rodzimych autorów? Gdybyś miał dziś nominować, jaką powieść byś wskazał? Inaczej mówiąc - co przykuło Twoją uwagę w tym roku?


Tak, śledzę polski rynek literatury grozy dość dokładnie, niemniej jednak uchylę się od odpowiedzi na to pytanie. Od lat kieruję się zasadą, że nie wypowiadam się na temat polskich twórców i ich utworów, ponieważ po pierwsze - znam osobiście wielu z nich i nie chciałbym być posądzony o stronniczość, a po drugie - uważam, że autor powinien zajmować się pisaniem, a nie publicznym ocenianiem twórczości innych pisarzy funkcjonujących na tym samym rynku.

O, to tu uderzę z innej strony :) Czy uważasz, że pisarz nie powinien być recenzentem? Lub odwrotnie – recenzujący nie powinien zajmować się pisaniem?


Jeśli spojrzeć na inne przejawy działalności artystycznej - trudno jest znaleźć recenzentów, którzy jednocześnie są twórcami. Muzycy zwykle nie oceniają twórczości innych muzyków, podobnie jak malarze, graficy czy aktorzy. Oczywiście, wyjątki się zdarzają, ale są związane bardziej z chęcią zaistnienia na portalach plotkarskich, niż z rzeczową, profesjonalną oceną. Rozumiem tę zasadę i staram się również być jej wiernym. Jako pisarz doceniam pracę innych autorów, zdaję sobie sprawę, że mają własnych czytelników, że ktoś w wydawnictwie uznał dany utwór jest na tyle dobry, by go wydrukować, sam również wiem doskonale ile pracy i wysiłku wymaga napisanie czegoś „zjadliwego” literacko. Zjadliwą recenzję natomiast machnąć można w pięć minut.
Czasem zdarza mi się wypowiedzieć publicznie na temat twórczości kogoś innego, gdy coś wybitnie mi się podoba i uważam, że warto zachęcić innych do zapoznania się z danym utworem, natomiast negatywne opinie zdecydowanie wolę zachowywać dla siebie. Już samo polecanie jest zajęciem bardzo odpowiedzialnym, gdyż zachęcamy w ten sposób innych, by poświęcili czas na lekturę czegoś, co uważamy za dobre. Zniechęcanie do lektury jest o wiele bardziej brzemienne w skutkach, gdyż niesłusznie negatywna opinia jest krzywdząca zarówno dla autora, jak i dla Czytelnika - przecież pod jej wpływem może nie sięgnąć on po książkę, która być może by mu się spodobała.


Cóż, będę musiał przełknąć gorzką pigułkę, bowiem zajmuję się i pisaniem i recenzowaniem, a nawet co gorsza, muzykowaniem i pisaniem o tymże. :) Nie ciągnie mnie jednak do plotkarskich portali, natomiast intryguje mnie Twoja przeszłość muzyczna. Działałeś w Orkiestrze Świętego Mikołaja. Dlaczego opuściłeś ich szeregi?


O jakichkolwiek gorzkich pigułkach nie może być mowy, ponieważ przedstawiłem jedynie swój punkt widzenia i nie zamierzam go nikomu narzucać. Do kwestii recenzji pisanych przez twórców ja podchodzę tak, Ty inaczej, a jeszcze ktoś inny zapewne ma jeszcze inną opinię. I bardzo dobrze – ludzie powinni się różnić, bo dzięki temu świat jest ciekawszy.
Jeśli chodzi o „Orkiestrę świętego Mikołaja”, to jest to zespół działający przy Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i dość częste zmiany składu są od początku istnienia wpisane w specyfikę funkcjonowania grupy. Moja przygoda z „Orkiestrą” trwała prawie cztery lata, była doświadczeniem niezwykłym, ale gdy studia dobiegały końca, trzeba było pomyśleć o przyszłości bardziej praktycznie i przyziemnie.


Śledzisz ich dalszą działalność? Nie ciągnie Cię czasem na scenę, czy chociażby do studia?


Oczywiście, śledzę na bieżąco poczynania „Orkiestry” i bardzo mocno jej kibicuję. Pozostajemy w przyjaznych stosunkach, spotykamy się od czasu do czasu (chociażby przy okazji festiwalu „Mikołajki Folkowe”, którego – już jako pisarz – miałem przyjemność być dwukrotnie gościem). O powrocie na scenę lub do studia nagrań na razie nie myślę, ponieważ koncentruję się bardzo mocno na pisaniu. Pamiętając jednak, że życie bywa nieprzewidywalne, nie będę czynił deklaracji odnośnie ewentualnego powtórnego wejścia do tej samej, muzycznej rzeki.


Co skłoniło Cię do powrotu do "Słonecznej doliny"? I do tego znów w formie dylogii?


Tak naprawdę, dwie części "Bisów" (premiera drugiej części dopiero się zbliża) to bardziej kontynuacja pierwszych tomów cyklu "Czarny Wygon", niż osobna dylogia. Faktem jest, że początkowo zamierzałem opowieść o losach Witolda Uchmanna zakończyć na "Starzyźnie", niemniej jednak Czytelnicy dawali mi jasno do zrozumienia, że życzyliby sobie kontynuacji. Nie wiem, czy bym się o to pokusił, gdyby nie pomysł na rozpoczęcie "Bisów", który wydał mi się na tyle interesujący, że zmienił moje wcześniejsze plany. Dramatyczna "zmiana miejsc" (osoby, które czytały, wiedzą o czym mówię) dawała tak duże możliwości fabularne, że grzechem byłoby ich nie wykorzystać. Nagroda Nautilus za najlepszą powieść 2012 roku dla "Bisów" zdaje się potwierdzać, że moja decyzja o napisaniu tej książki była trafiona (przy okazji serdecznie dziękuję wszystkim, którzy swoim głosami przyczynili się do takich właśnie rozstrzygnięć plebiscytu).


Jakiś czas temu wspominałeś o zbiorze opowiadań. Czyżby pomysł poszedł w odstawkę z powodu powrotu „Bisów”?


Zbiór opowiadań pojawi się w księgarniach po premierze ostatniej części „Czarnego Wygonu” i w porównaniu do poprzednich planów nie zmieniło. Opóźnienie premiery zbioru spowodowane jest faktem, iż cykl „Czarny Wygon” ostatecznie składał się będzie z czterech części. Tak więc najpierw (w marcu 2014 roku) w ręce Czytelników trafi powieść „Czarny Wygon. Bisy II”, a dopiero w późniejszym terminie zbiór „Opowiem ci mroczną historię”. Zakładałem, że wydane w jednym tomie opowiadania będą podsumowaniem pierwszego etapu mojej twórczości i ciągle się tego trzymam.


Pierwszy etap twórczości? Czyżbyś planował spektakularnie rozpocząć kolejny? Z dala od grozy klasycznej? Zdradzisz co chowasz w zanadrzu?


Debiutowałem ponad pięć lat temu, więc w międzyczasie tu i ówdzie pojawiły się moje opowiadania, które warto byłoby zebrać w jednym miejscu oraz uzupełnić o przynajmniej tyle samo premierowych tekstów. Myślę, że to będzie dobra odskocznia od czterotomowego cyklu, którego napisanie było naprawdę sporym wyzwaniem literackim.
Od dawna myślałem o książce, która nawiązywałaby do „Domu na wyrębach”, jednak wcześniej chciałem sprawdzić się w innych sposobach narracji i innych nieco klimatach. Teraz chcę wrócić do tamtej koncepcji i uważam, że będzie to dobre otwarcie kolejnego etapu. Później chcę napisać powieść, której fabuła będzie rozgrywać się w Przemyślu. Mieszkam w tym mieście już od ponad piętnastu lat i wydaje mi się, że może to być ciekawe przedsięwzięcie zarówno dla mnie jako autora, jak również dla Czytelników. Planuję także książkę, która – jako pierwsza z powieści mojego autorstwa – nie będzie się rozgrywała w południowo-wschodniej Polsce. Nie wydaje mi się jednak, abym literacko podążył w drastycznie inne strony – groza w jej klasycznym wydaniu na pewno w mniejszym lub większym stopniu wciąż będzie obecna w moich utworach.


Właśnie, ten specyficzny rodzaj grozy, nasyconej folklorem jest Twoim znakiem rozpoznawczym. Pamiętam, jak w momencie ukazania się Twojej debiutanckiej powieści porównywano Cię do Stephena Kinga, a z drugiej strony do... Andrzeja Pilipiuka. Moim zdaniem oba porównania nie są zbyt trafne i raczej krzywdzące, niemniej moją uwagę przykuła wtedy postać głównego agresora. Nie zdradzę więcej, bo być może są jeszcze czytelnicy, którzy z „Domem na Wyrębach” się nie zapoznali. Jednak liczyłem, że później również będziesz częściej sięgał do folkloru, a przede wszystkim słowiańskich wierzeń. Wszak i bestiariusz mamy przeogromny, a i Twoja wiedza w tym temacie jest dość rozległa.


To racja, że w „Domu na wyrębach” postawiłem zdecydowanie i w sposób nie podlegający dyskusji na naszego rodzimego demona, ale przecież w „Czarnym Wygonie” (choć może w nieco bardziej zawoalowany sposób) również pozostałem wierny polskim legendom - wszak podania o kościołach, a nawet całych wioskach, które zapadły się pod ziemię na skutek konszachtów ze złymi mocami, są w naszej ludowej tradycji bardzo powszechne.
Co do przyszłości, to z całą pewnością wciąż będę korzystał z obfitości demonologii słowiańskiej, aczkolwiek zapewne od czasu do czasu (na przykład w powieści, której akcja rozgrywać się będzie w Przemyślu) zechcę wykorzystać także inne motywy. Sądzę, że Czytelnik, nawet jeśli ceni specyfikę twórczości danego autora, lubi być niekiedy zaskakiwany czymś zupełnie nowym.


Zastanawia mnie Twój sposób pracy. Regularnie co dwa lata wydajesz nową powieść. Jak pracujesz? Jak udaje Ci się zachować stosowną samodyscyplinę?


Postanowiłem utrzymywać się wyłącznie z działalności literackiej, więc jeśli chodzi o samodyscyplinę, to po prostu nie mam innego wyjścia, niż praca nad kolejnymi utworami. Wolałbym wydawać częściej, niemniej jednak, z jednej strony nie pozwala mi na to harmonogram zajęć (co roku odbywam sporo spotkań autorskich, co wiąże się z licznymi wyjazdami), z drugiej natomiast – staram się swoje książki dopracowywać najlepiej, jak to tylko możliwe.
Jeśli chodzi o częstotliwość wydawania, to – precyzyjnie rzecz ujmując – był jeden rok, w którym ukazały się moje dwie książki (w 2010 – „Słoneczna Dolina” i „Starzyzna”, czyli dwa pierwsze tomy „Czarnego Wygonu”). Jeśli więc miałbym być konsekwentny, to rok 2014 również powinien być rokiem dwóch premier i jak na razie wszystko wskazuje na to, że tak właśnie się stanie.


Trzymam w takim razie kciuki. Powiedz mi jednak, dlaczego postanowiłeś postawić wszystko na jedną kartę? Kiedy zaczynałeś, polski horror dopiero raczkował (dziś w sumie też nie jest dużo dalej), a pisarze jakoś nigdy szczególnie dobrze nie zarabiali, nie mówiąc już o tym, że samodzielne utrzymywanie się z pisania do dziś pozostaje dla wielu kwestią nierealnych marzeń. Ty się zaparłeś i efekt znamy. Ale przyznasz, że gdy postanowiłeś zostać pisarzem, zmroziłeś bliskich?


To nie było tak, że pewnego dnia poinformowałem bliskich, że od jutra rzucam ciepłą posadkę w urzędzie i zaczynam pisać książki. Moja debiutancka powieść ukazała się w roku 2008, a wymówienie złożyłem w maju 2011 roku, w międzyczasie wydając dwa pierwsze tomy „Czarnego Wygonu”. Trzy nieźle przyjęte książki uchyliły przede mną furtkę, a ja miałem zdecydować czy zechcę przez nią przejść.
Te lata, w których jednocześnie pracowałem na etacie i pisałem, dały mi do zrozumienia, że na dłuższą metę tak się nie da. Gdy każdą wolną chwilę – urlopy, weekendy, czasem popołudnia poświęca się na pisanie oraz wyjazdy na konwenty albo spotkania z Czytelnikami, a prócz tego wykonuje się dość wyczerpującą psychicznie pracę, w pewnym momencie przychodzi refleksja, że z czegoś trzeba w końcu zrezygnować. Przyznaję – to nie była łatwa decyzja, ale mam przekonanie, że jeśli chce się coś osiągnąć w jakiejś dziedzinie – zwłaszcza w sprawach związanych z działalnością artystyczną, to nie można działać na pół gwizdka. Trzeba zaryzykować, wszystkie siły i środki rzucić na jedną szalę. Tak właśnie zrobiłem i z perspektywy czasu tę decyzje uważam za słuszną. Przede wszystkim cieszę się, że nie będę kiedyś żałował, iż nie bałem się jej podjąć.


Skoro zbliża się koniec roku, nie wypada nie dokonać swoistych podsumowań. Jak oceniasz ten rok?


Bardzo mnie cieszy Nagroda Nautilus dla „Bisów”, jestem także zadowolony z pracy nad „Bisami II”, której poświęciłem większość tego roku, ale co do tej drugiej kwestii, to na oceny przyjdzie czas, gdy zderzę się z reakcjami Czytelników odnośnie zakończenia cyklu „Czarny Wygon”. Jeśli książka się spodoba, to uznam, że rok 2013 był bardzo udany.


Dziękuję Ci serdecznie, Stefanie, za rozmowę. Ostatnie słowo w tym roku skierowane do naszych czytelników należy do Ciebie :)


Ja również bardzo dziękuję. Czytelnikom życzę, aby 2014 rok był pełen radości i pozytywnych emocji przeplatanych raz na jakiś czas dawką kontrolowanego i przyjemnego dreszczyku wywołanego lekturą polskiej literatury grozy.



Rozmawiał: Łukasz Radecki



HO, Wywiady - Wywiad ze Stefanem Dardą (2013)
HO, Wywiady - Wywiad ze Stefanem Dardą (2013)
HO, Wywiady - Wywiad ze Stefanem Dardą (2013)
HO, Wywiady - Wywiad ze Stefanem Dardą (2013)
HO, Wywiady - Wywiad ze Stefanem Dardą (2013)
HO, Wywiady - Wywiad ze Stefanem Dardą (2013)
HO, Wywiady - Wywiad ze Stefanem Dardą (2013)

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -