Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Wywiad z Bartłomiejem Paszylkiem - autorem "Leksykonu Filmowego Hororu

Shadock

Bartłomiej Paszylk jest uznanym choć nie do końca docenionym na świecie recenzentem kina grozy. Niejako podsumowując swój dotychczasowy dorobek zadebiutował na rynku wydawniczym "Leksykonem Filmowego Horroru". Książka ta stała się pretekstem do rozmowy, której zapis przedstawiam Wam poniżej.


- Horror Online: Twoja książka "Leksykon filmowego horroru" ukazała się nakładem wydawnictwa Latarnik, obok Zygmunta Kałużyńskiego, Tomasza Raczka i Stanisława Tyma? Jakie to uczucie, nie tylko zadebiutować, ale jeszcze w takim towarzystwie?

Bartłomiej Paszylk: Uczucie jest niesamowite. I nawet nie jestem już teraz w stanie powiedzieć co było większym szokiem - e-mail z wydawnictwa, że są zainteresowani książką czy pierwsze spotkanie z Tomaszem Raczkiem, podczas którego omawialiśmy szczegóły wydania leksykonu. To był początek 2006 roku i naprawdę trudno było mi uwierzyć, że moje skromne plany zaczynają nabierać namacalnych kształtów i najprawdopodobniej zamienią się w książkę, która na półkach będzie stała obok moich ulubionych leksykonów autorstwa Raczka i Kałużyńskiego. Nie wspominając już o tym, że kiedy przyjechałem do Warszawy na pierwsze spotkanie okazało się, że odbędzie się ono w dawnym mieszkaniu Zygmunta Kałużyńskiego - wtedy utonąłem już w artystycznej atmosferze!

- HO: Skąd wziął się pomysł na stworzenie takiego leksykonu? Jaki był klucz w wyborze filmów? Dlaczego akurat setka?

BP: Pomysł wziął się z moich własnych wycieczek po księgarniach. Czyli z frustracji faktem, że o horrorze pisze się tak niewiele. Andrzej Kołodyński stworzył swego czasu kultowe pozycje, które nie są niestety wznawiane, ostatnio pojawiła się też co prawda "Filozofia horroru" Carrolla i rzecz dotycząca kina Cronenberga ale gdzie wszystkie najważniejsze horrory ostatnich 20 lat? Gdzie można przeczytać o horrorze włoskim - filmach Fulciego, Bavy czy Argento? Pomyślałem, że pewnie musiałbym samemu taki przewodnik stworzyć. Popracowałem więc trochę nad tym pomysłem i nagle okazało się, że wydawnictwo Latarnik nie miałoby nic przeciwko dołożenia mojego leksykonu do swojego katalogu. Z tym, że mój pomysł pierwotny mocno ewoluował - początkowo miały to być wyłącznie omówienia czystej klasyki gatunku, bez bardziej zabawowych tytułów typu "The Stuff" czy "Demony". Myślę, że wersja ostateczna jest lepsza - może bardziej kontrowersyjna ale za to mniej sztywna, bardziej różnorodna.

Sto tytułów wzięło się stąd, że jakąś granicę musiałem sobie wyznaczyć - a setka nie dość, że jest przyjemnie okrągła to jeszcze daje gwarancję zmieszczenia większości historycznych tytułów i wpakowania czegoś z każdej dekady począwszy od "Gabinetu doktora Caligari". Poza tym od razu ustaliliśmy z wydawnictwem określony termin oddania książki do korekty, więc wiedziałem, że z większą ilością filmów nie zmieszczę się w nim... zresztą, szczerze mówiąc, nawet z tą setką się nie zmieściłem, trzeba było kombinować z przestawianiem terminów.

- HO: W zestawie znalazło się wiele wybitnych pozycji uznawanych za kanon gatunku. Może jednak dziwić brak niektórych pozycji z lat dwudziestych i trzydziestych, jak również obecność filmów pokroju "The Stuff", które choć nie jest filmem złym, do wybitnych, czy nawet przełomowych nie należy.

BP: Zdecydowanie nie należy. Ale jest w nim jak najbardziej wybitna kreacja Michaela Moriarty'ego, jednego z moich ulubionych aktorów, szalenie niedocenianego. Chciałem żeby Leksykon zwracał uwagę także na tego typu rzeczy - genialne fragmenty nieszczególnie genialnych filmów. Poza tym akurat "The Stuff" prezentuje bardzo oryginalne podejście do gatunku, więc tym bardziej zasłużył sobie na miejsce w tej setce. No i jest to jedno z moich ulubionych omówień w książce.

Wiele pozycji z lat 1920-1950 pominąłem bo o nich pisał już Andrzej Kołodyński. Wolałem wymienić je na tytuły wcześniej pomijane albo trochę nowsze, takie których nie objęły książki Kołodyńskiego. Największe klasyki tego okresu są jednak oczywiście omówione w "Leksykonie".

- HO: W stopce redakcyjnej HO wymieniasz swoje ulubione filmy i tylko jeden z nich jest horrorem, co również nie bez znaczenia nie do końca czystym gatunkowo. Czy to oznacza, że wkrótce będziemy mogli spodziewać się innych leksykonów?

BP: Z tych wszystkich horrorów, które widziałem trudno wybrać dwa, trzy najlepsze. Jeśli natomiast porazi mnie jakiś film niezwiązany z gatunkiem to dobrze to zapamiętuję. Filmy Lyncha to zazwyczaj pewniaki, rozczarowała mnie chyba tylko kinowa wersja "Twin Peaks", uwielbiam kino Briana De Palmy, podobają mi się wybrane dzieła Cronenberga, Stone'a, Scorsese, Spielberga, chętnie od czasu do czasu oglądam zwariowane komedie - choć bardzo rzadko zdarzają się perły takie jak "Spinal Tap".

Czy napisałbym leksykon dotyczący innego gatunku filmowego? Bardzo chętnie. Ale musiałoby być na niego zapotrzebowanie, a trzeba pamiętać, że Latarnik wydał niedawno bardzo dobre leksykony komedii, sensacji, przygody, kina miłosno-erotycznego, itd.

- HO: Różnorodność opisanych przez Ciebie pozycji utwierdza w przekonaniu, że jesteś wytrawnym znawcą horroru filmowego. Czego jako widz oczekujesz od seansu, jakie produkcje szczególnie przypadają Ci do gustu, po jakie sięgasz niechętnie, niejako z recenzenckiego obowiązku?

BP: W zasadzie nigdy nie sięgam po filmy czy książki wyłącznie z recenzenckiego obowiązku. Pewnie - czasami pojawiają się sugestie, że warto opisać taką czy inną nowość, ale dla mnie to i tak przyjemność a nie obowiązek, więc z równie szerokim uśmiechem idę do kina na "Anakondy" i na "Osadę"... a w recenzjach widać potem oczywiście co mi się podobało bardzo a co nie.

Czego oczekuję od seansu? Porwania mnie opowiadaną historią. Nieważne czy bohaterów rozszarpuje człowiek-rekin czy jak najbardziej wiarygodny psychopata - każdą historię można opowiedzieć przekonująco lub nie, i muszę przyznać, że szczególnie podziwiam tych reżyserów, którzy potrafią mnie wciągnąć w najbardziej zwariowane opowieści, a więc m.in. Davida Lyncha, Larry'ego Cohena, Dona Coscarelli.

- HO: Leksykon został wydany z gadżetem, do książki dodany jest bowiem film "Hellraiser". Wybór teoretycznie poprawny, ale jak Ty jako autor książki podchodzisz do tego zabiegu marketingowego? Czy nie odnosisz wrażenia, że w obecnych czasach i tak już trudnych dla literatury, dodatkowo jeszcze obniża się poziom przez dodawanie prezentów, które nie zeszły w normalnej sprzedaży? Czyżby wydawcy obawiali się, że sama książka nie jest w stanie sobie poradzić?

BP: Obawiają się - i to niestety słusznie. Żaden ze mnie ekspert ale z tego co wiem książki rzeczywiście sprzedają się coraz słabiej i trzeba je na różny sposób uatrakcyjniać żeby nie tylko czytelnik ale i księgarz raczył się nimi zainteresować. Dodanie "Hellraisera" do mojego leksykonu to chyba dobry pomysł, tym bardziej, że płyta nie podnosi ceny książki - tego typu wydawnictwa i bez bonusów są w podobnych cenach. A podejrzewam, że gdyby nie "Hellraiser" do wielu księgarń "Leksykon" w ogóle by nie trafił - bo nazwisko autora jakieś mało znane a tematyka "szatanistyczna". Zresztą w okolicznych Empikach moja książka nigdy nie miała przyjemności stania na półce z nowościami - pojawiła się w miesiąc po premierze i wylądowała od razu w jakimś niewidocznym miejscu, żeby nie zabierać tlenu najnowszej Masłowskiej.

- HO: Dokonanie wyboru stu, w pewien sposób najbardziej reprezentatywnych, filmów na pewno zmusiło Cię do przewartościowania ogromnej ilości pozostałych. Jakie filmy odrzuciłeś z żalem? I jakie wnioski odnośnie kondycji kina grozy nasunęły Ci się podczas pracy nad książką? Czy uważasz, że ulega ono regresji, czy wręcz przeciwnie?

BP: Produkuje się dziś dużo miernych, nudnych horrorów ale twórcy z talentem wciąż gdzieś tam są i robią swoje. Nie narzekam więc, że jest źle - trzeba tylko wiedzieć co wybrać a więc wzrasta rola podpowiadaczy, w tym także koleżanek i kolegów z Horror Online. A jak już wcześniej wspomniałem - oglądanie filmów złych to często nie udręka a "inny rodzaj przyjemności".

Wracając do wyboru setki filmów z leksykonu: początkowo miałem listę około 150 tytułów i większość z tych niepotrzebnych pięćdziesięciu odrzucałem z bólem serca. Szczególnie cierpiałem przy "Dziwolągach" Browninga i "Q" Cohena. "Dziwolągi" odpadły bo uznałem, że to horror dla widza zaawansowanego, porażający realizmem. Z tego samego powodu odrzuciłem wcześniej "Cannibal Holocaust" więc postanowiłem być konsekwentny. "Q" natomiast to znów czysta zabawa w starym, dobrym cohenowskim stylu, ale że do leksykonu trafiły już "God Told Me To", "The Stuff" i "A jednak żyje" stwierdziłem, że nie będę aż tak ostro testował tolerancji czytelnika dla mojego szaleństwa na punkcie tego pana. Choć zdaje się, że i tak przetestowałem?

- HO: Jesteś już osobą zasłużoną dla horroru, pomijając portal Horror Online, publikowałeś w Nowej fantastyce, Surreal Magazine, na stronach Fangorii i Visions of Terror. Opracowywałeś hasła dla amerykańskiej "Encyklopedia of Sex and Culture", teraz współtworzysz serię Horrory Świata. Jak udaje Ci się pogodzić to z pracą zawodową o nieco odmiennych konotacjach estetycznych? Czy jest w tym wszystkim miejsce na rodzinę, życie prywatne?

BP: W trakcie pisania książki niemal zupełnie nie miałem czasu wolnego. Wracałem z zajęć w kolegium, przy popołudniowej kawie pisałem omówienie obejrzanego poprzedniego wieczora filmu, przerzucałem gazety, książki i strony internetowe żeby posprawdzać wszystkie informacje i dowiedzieć się czegoś nowego i po paru godzinach pracy siadałem przed telewizorem żeby obejrzeć kolejny film... a gdzieś pomiędzy tym wszystkim musiałem przygotować się na kolejne zajęcia. W weekendy dodatkowo dokonywałem korekty tekstów z całego tygodnia - i tak było przez ponad trzy miesiące, przy czym następne trzy spędziłem na nanoszeniu poprawek, dodatkowym sprawdzaniu każdej daty i informacji oraz na poszukiwaniu kilkunastu brakujących filmów. Samo oglądanie do końca traktowałem jako przyjemność ale pisanie zaczęło mi już pod koniec wychodzić każdym możliwym bokiem. A trzeba dodać, że mimo wszystko twardo pisałem dla Horror Online, starając się unikać dłuższych przerw w podsyłaniu tekstów.

Racja więc - nie miałem zbyt dużo czasu na życie prywatne. Całe szczęście, że żona świetnie rozumiała mój zapał i z wyrozumiałością podeszła do tego kilkumiesięcznego odcięcia się od świata. Sama pisała zresztą pracę doktorską więc wzajemnie motywowaliśmy się do pracy.

- HO: Poświęcasz bardzo dużo uwagi filmom, a jakie książki najbardziej lubi czytać Bartłomiej Paszylk? Jacyś ulubieni pisarze?

BP: Lubię czytać książki przeróżne - załamałbym się gdyby kazano mi do końca życia trzymać się jakichś pięciu autorów. Ale oczywiście mam swoich ulubionych: Edgar Allan Poe, Stephen King, James Herbert, Michael Slade, Richard Laymon, Bentley Little. Często pozytywnie zaskakują mnie jednak pisarze, których wcześniej nie brałem pod uwagę. Przykładowo, moją ulubioną powieścią wydaną w roku 2006 są "Ruiny" Scotta Smitha. Smith napisał wcześniej bestsellerowy "Prosty plan" (na podstawie, którego Sam Raimi nakręcił udany film), ale nie spodziewałem się po nim czegoś takiego jak "Ruiny" - to rzecz przepięknie napisana, diabelnie pomysłowa a jednocześnie tak przerażająca i odważna, że każdorazowe odkładanie jej na półkę - żeby zjeść obiad czy umyć zęby - sprawia spory ból. Ciekawe kiedy wreszcie pojawi się polskie wydanie tej książki?

- HO: Piszesz w sposób bardzo lekki, przystępny, bez naukowego nadęcia, jakiego można by się spodziewać po filologu języka angielskiego. Nie kusiło Cię nigdy by spróbować swoich sił jako pisarz? Pytam również dlatego, że Jerzy Pilch napisał kiedyś, że krytykiem zostaje ten, któremu nie powiodło się samemu osiągnąć czegoś w interesującej go dziedzinie. Jak ustosunkowałbyś się do takiego osądu?

BP: Pilch ma rację, tyle, że w jego ustach brzmi to znacznie negatywniej niż powinno. Krytyk to osoba, która wie czego oczekuje od książki czy filmu a jednocześnie sama ich nie tworzy bo wie, że produkt zszedłby poniżej wymaganego przez nią samą poziomu. Krytyk nie twierdzi, że potrafi lepiej niż krytykowany przez niego autor - twierdzi tylko, że jest w stanie zauważyć, że autor popełnia taki a taki błąd, że idzie na łatwiznę, albo że wręcz wykonuje wstrętny skok na kasę swoich klientów.

Sam też swego czasu próbowałem pisać opowiadania grozy ale siedzący we mnie krytyk regularnie zostawiał te teksty w strzępach. Nie jest jednak tak, że teraz wyżywam się na książkach Stephena Kinga czy Grahama Mastertona bo sam nie potrafię dobrego horroru napisać. Jeśli się na nich od czasu do czasu wyżywam to wyłącznie dlatego, że chciałbym żeby zawsze pisali najlepiej jak potrafią - King jak za czasów "Lśnienia" a Masterton - "Wyklętego".

- HO: Książka osiągnęła sukces biorąc pod uwagę wąskie grono odbiorców w naszym kraju. Jest to niewątpliwie kontynuacja Twojej dotychczasowej drogi recenzenta i niejako zwieńczenie pewnego okresu pracy. Pozostaje pytanie "co dalej"? Jakie są Twoje dalsze plany i marzenia, które zamierzasz zrealizować?

BP: Zupełnie szczerze - nie wiem jeszcze czy książka osiągnęła sukces. Wiem, że wielu znajomych ją kupiło, wiem, że większości się spodobała - choć zazwyczaj z zastrzeżeniem, że jakiegoś tytułu brakuje - ale czy jest to wystarczająca ilość żeby wydawnictwo było zadowolone ze sprzedaży? Nie mam pojęcia. Tak jak mówiłem wcześniej - nie do wszystkich księgarń "Leksykon" dociera i zazwyczaj ląduje na półkach "dla wtajemniczonych". Kto odwiedza Horror Online albo kupuje "Horrory świata" ten - dzięki reklamom - wie, że taka książka wyszła i jeśli chce to jej poszuka. Jeśli ktoś nie nadział się na reklamę książki to trudno mu ją będzie znaleźć przez przypadek. Oczywiście bardzo chętnie będę pisał dalej - mam kilka pomysłów, ale nie ma sensu o nich mówić dopóki nie pojawi się realna szansa wykorzystania któregoś z nich w książce. Nie chciałbym drażnić się z czytelnikami tylko po to żeby ostatecznie stwierdzić "Sorry, nie wyszło". Mam jednak nadzieję, że któryś z tych pomysłów wypali i że efekt nie będzie rozczarowaniem dla tych, którzy polubili "Leksykon filmowego horroru".



HO, Wywiady - Wywiad z Bartłomiejem Paszylkiem - autorem
HO, Wywiady - Wywiad z Bartłomiejem Paszylkiem - autorem

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -