Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Wywiad z Grahamem Mastertonem

BartX

Urodzony w roku 1946 w Edynburgu, Graham Masterton musiał czekać trzydzieści lat na moment kiedy jego pierwszy horror trafił do księgarń: "Manitou", debiut pisarza, został opublikowany w roku 1976 i z miejsca stał się bestsellerem. W dwa lata później powstała ekranizacja tej powieści (w reżyserii Williama Girdlera, z Tony Curtisem w roli głównej). "Manitou" określił niszę, jaką Masterton miał od tej pory zajmować w świecie literackiego horroru: jego następne powieści także sprzedawały się dobrze i wszystkie opierały się na podobnym schemacie fabularnym opisującym wszelakie rodzaje starożytnego zła opanowujące nowoczesny świat. Książki Mastertona zdobywały prestiżowe nagrody - przyznawane m.in. przez Mystery Writers of America i West Coast Review of Books - ale autor najwyraźniej pragnął wyrwać się z rutyny pisania horrorów i zaczął tworzyć również thrillery i powieści historyczne; zważywszy zaś, że był niezwykle płodnym pisarzem oznaczało to, że co roku publikował kilka książek. Niektóre z nich planowano adaptować na potrzeby dużego ekranu, ale żadna z tych prób nie zakończyła się sukcesem; poza wspomnianym "Manitou" jedynymi adaptacjami prozy autora są jak dotąd trzy części serialu "The Hunger", które oparto na fabule jego opowiadań.

W chwili obecnej autor wciąż pisze zarówno horrory, thrillery jak i powieści historyczne i wciąż publikuje tak często, jak w przeszłości. Rok 2005 to narodziny najnowszego dodatku do sagi Manitou - zatytułowanego "Krew Manitou" - oraz zbierającego bardzo dobre recenzje zbioru opowiadań p.t. "Festiwal strachu". Wygląda też na to, że niektóre z opowieści Mastertona trafią znów na ekrany: "Rytuał", "Wyklęty" i "Portret rodzinny" znajdują się obecnie w różnych stadiach produkcji, a jedno z opowiadań należących do najnowszego zbioru zostało zakupione do drugiej serii telewizyjnego hitu "Masters of Horror".

Przy okazji publikacji tego wywiadu należy też dodać, że Masterton to rozmówca szalenie miły, dowcipny i cierpliwy - wystarczy rzucić okiem na ilość pytań, którymi go postanowiłem zasypać i jednocześnie na niezwykle wyczerpujące, pozbawione śladu nerwowości odpowiedzi, których mi udzielił... no, może jedynie w odpowiedzi na pytanie o podobny schemat rządzący większością jego horrorów można wyczuć delikatne zniecierpliwienie. Rozmowę zaczęliśmy jednak od jego nowego zbioru opowiadań.


- HORROR ONLINE: "Hamburgery z Calais" - opowiadanie z wydanego właśnie zbioru "Festiwal strachu" - jest według mnie jednym z najlepszych, jakie Pan napisał. Ma ono bardzo udanego głównego bohatera, ciekawe miejsce akcji, chwytającą za serce i żołądek tematykę, a także zaskakująco dużo humoru - chyba żadne inne z Pana opowiadań nie rozbawiło mnie tak, jak to. Czy od początku zakładał Pan, że atmosferę grozy należy tu złagodzić humorem, czy też stało się tak dopiero po wprowadzeniu głównego bohatera, który ma problem z wypowiedzeniem zdania bez dodania jakiegoś żartu?

GRAHAM MASTERTON: Sam pomysł wziął się z historii, którą wyczytałem w naprawdę obrzydliwej książce opisującej sposoby robienia hamburgerów, hot dogów i innych tego rodzaju smakołyków - jej tytuł to "Fast Food Nation". Horror opowiadający o fast foodzie wymagał oczywiście obecności głównego bohatera, który jest zwolennikiem takiego jedzenia, ale powoli z wielkim wstrętem odkrywa co tak naprawdę wchodzi w jego skład. Lubię pisać o ludziach, którzy nie są superbohaterami ze stali i muszą się zmagać nie tylko z horrorami paranormalnymi, ale także z problemami dnia codziennego. W tym wypadku główny bohater jest bez grosza, setki mil od domu i ma poważną nadwagę. Początkowo może wydawać się zabawny ale tak naprawdę jest obdarzony samokrytycznym poczuciem humoru charakterystycznym dla grubych osób, które wiedzą, że nigdy nie schudną.

- Które opowiadanie z "Festiwalu strachu" najlepiej zareklamowałoby cały zbiór?

Każda z historii ma swój odmienny styl - są tu opowiadania oparte na mitach, są erotyki, są też horrory dość obrzydliwe. Myślę jednak, że "Anty-Mikołaj" to opowiadanie, które najchętniej poleciłbym komuś, kto nigdy nie czytał moich książek. Nadaje ona nowy, bardzo niepokojący kształt popularnej postaci, a to coś, co bardzo lubię robić jako pisarz. Dla przykładu - moja powieść "Zwierciadło piekieł" to jakby nowa wersja "Alicji po drugiej stronie lustra", natomiast "Portret rodzinny" to po prostu moja interpretacja "Portretu Doriana Graya" Oscara Wilde'a - główny bohater tej opowieści pozostaje młody, podczas gdy upływ czasu odbija się na jego portrecie przechowywanym na strychu. "Anty-Mikołaj" w pewien sposób wiąże się też z fabułą "Cudownego grajka" ("The Pied Piper"), który ofiarował ludziom magiczne rozwiązania ich problemów. Kiedy jednak problemy już znikają, klienci odmawiają zapłacenia umówionej ceny i wtedy grajek bierze odwet. "Anty-Mikołaj" został właśnie zakupiony do drugiej serii "Masters of Horror".

- Czytelnikom, którzy nie zapoznali się dotąd z żadną z Pana książek wciąż poleca Pan "Manitou", jako tę, która najlepiej wprowadzi ich w świat Pana horroru. Inni pisarze twierdzą zazwyczaj, że ich wczesne powieści były dużo naiwniejsze i nieporównanie mniej doskonałe niż to, co tworzą obecnie. Często wręcz obrażają się kiedy recenzent stwierdza, że ich debiut był najlepszym dziełem, jakie stworzyli. Zdaje się, że Pan nie ma takiego problemu?

"Manitou" nie jest moją najlepszą czy najdoskonalej skonstruowaną powieścią, ale jego fabuła wciąż nieźle się broni, jest opowiedziana w bardzo prosty sposób i mnóstwo w niej składników, które są też charakterystyczne dla mojego późniejszego pisarstwa - jest tam humor, wyraźnie nakreślone postaci, walka zwykłego człowieka z nadzwyczajnym złem. Pewnie, że większość pisarzy staje się lepsza wraz z mijającymi latami i nabytym doświadczeniem, ale "Manitou" wciąż pozostaje odpowiednim miejscem na rozpoczęcie przygody z moimi książkami.

- Czy to prawda, że napisał Pan "Manitou" w tydzień?

Tak - pierwszą wersję. Dokładnie trwało to pięć dni. Ale byłem wtedy młodszy. Miałem więcej energii, a po domu nie kręciły się dzieci.

- W pierwszej opublikowanej wersji "Manitou" (wydanej tylko w Wielkiej Brytanii) demon Misquamacus został zabity przez... chorobę weneryczną. Później musiał zmienić Pan tę końcówkę dla wydania amerykańskiego. Czy było łatwo wymyślić ot tak nowe zakończenie? Nie żal było Panu tego z pierwszego wydania powieści?

Nie miałem problemu z wymyśleniem nowej końcówki, bo powieść była pisana w czasach kiedy technologia komputerowa zaczęła akurat na poważnie wkraczać w życie codzienne - to mnie natchnęło. Oryginalna końcówka nawiązywała z kolei do "Wojny światów" Wellsa - tam najeźdźcy z Marsa zostają powaleni zwyczajną grypą. W przypadku mojej książki Misquamacus stał się ofiarą choroby wenerycznej, którą amerykańscy żołnierze przywieźli z Sajgonu, a w roku 1975 wciąż był to przecież gorący temat. Takie rozwiązanie nawiązywało też do sposobu, w jaki niektórzy biali osadnicy rozprawiali się z Indianami po przybyciu do Ameryki: wiedząc, że ich organizm nie ma przeciwciał do walki z chorobami przywiezionymi z Europy, specjalnie dawali im koce z zarazkami ospy. Powróciłem zresztą do tego rozwiązania w późniejszej powieści o Manitou, tak więc pierwotny zamysł nie zginął tak zupełnie.

- W trzeciej z kolei książce z tego cyklu - zatytułowanej "Duch zagłady" - pojawiła się dwójka bohaterów, którzy tak naprawdę od dłuższego czasu nie żyli. Czy to prawda, że po prostu zapomniał Pan, że w pierwszej powieści spalił ich Pan popiół?

Ciała były doszczętnie spalone, więc policja nie była w stanie zidentyfikować zwłok. Byłem równie zaskoczony jak wszyscy kiedy okazało się, że ci bohaterowie jednak żyją! Natychmiast poprosiłem też obojga aby pojawili się w mojej nowej powieści - Amelia Crusoe nie miała nic przeciwko ale MacArthur kazał mi się odpieprzyć. Oczywiście i tak wykorzystałem go w tej książce - choćby po to, żeby nauczyć go kultury.

- Pańscy polscy fani wciąż jeszcze czekają na wydanie nowego tomu o Manitou. Czy mógłby Pan zdradzić co nowego wnosi on do historii, którą już znamy?

W "Manitou Blood" wampiry Starego Świata ścierają się z demonami Nowego Świata i tym razem Harry Erskine będzie musiał prosić o pomoc te same indiańskie duchy, które wcześniej uznawał za wrogie.

- Tak się składa, że na DVD pojawiła się też ostatnio filmowa adaptacja "Manitou". Wiem, że Panu się ona podobała ale jednak nie otrzymała najlepszych recenzji w momencie premiery. Był Pan tym rozczarowany?

Przede wszystkim należy pamiętać, że Bill Girdler nakręcił "Manitou" w roku 1976, kiedy nie było jeszcze możliwości zastosowania perfekcyjnych efektów specjalnych. Najbardziej szaloną rzeczą, na jaką twórcy mogli sobie pozwolić było wysadzenie w powietrze maszyny do pisania. Poza tym, właśnie wyszły "Gwiezdne wojny" i Bill wpadł na pomysł walki w kosmosie, co według mnie sprawiło, że końcówka była śmiechu warta. Ale jak powiedział jeden krytyk: "Kto nie widział nagiej kobiety walczącej za pomocą promieni świetlnych z gulgoczącym potworem - ten nie może odejść z tego świata prawdziwie szczęśliwy".

- Przyznał Pan swego czasu, że w niektórych książkach posunął się Pan za daleko: scena brutalnego seksu w "Kondorze" przez wielu uznawana jest za niepotrzebną a opowiadanie "Eryk Pasztet" spowodowało zamknięcie brytyjskiego czasopisma, które je opublikowało. Czy jeśli chodzi o nowsze dzieła też ma Pan czasem wątpliwości co do przesadnej ilości przemocy, jaką mogą zawierać?

Osobiście nie uważam żeby sceny seksu w "Kondorze" były niepotrzebne. Chodziło tam przecież o pokazanie, że w świecie wykorzystywania seksualnego cena czyjegoś życia może się okazać niezwykle niska. A jeśli chodzi o "Eryka Paszteta" to moim zamiarem było właśnie dotarcie do granic dobrego smaku i tego, co akceptowalne w horrorze. Czasopismo, które opublikowało opowiadanie zgodziło się z kolei na podjęcie związanego z tym ryzyka i niestety okazało się, że brytyjscy sprzedawcy są zbyt pruderyjni aby je rozprowadzać. Ale właśnie o to chodzi w pisaniu - o rzucanie wyzwania temu, co akceptowalne. Wystarczy spojrzeć na dzisiejszych komików... rzeczy, które mówią byłyby nie do pomyślenia chociażby dwadzieścia lat temu. "Jak to jest, że kiedy ktoś oślepnie to nagle postanawia wyprowadzać psa na tyle spacerów?"

- Powiedział Pan kiedyś, że bohaterem, którego szczególnie Pan lubi jest Jim Rook (który ostatnio pojawił się w powieści "Ciemnia"). Dlaczego akurat on?

Jim Rook jest odbiciem tej części mojej osobowości, która lubi troszczyć się o młodych ludzi, otwierać im oczy na literaturę, sztukę i poezję. Wszystko to jest przecież niezbędne aby zrozumieć świat, daje nam mentalny klucz do krainy prawdziwej szczęśliwości. Do krainy prawdziwego smutku zresztą też. I odczuwania. Hojności. Odporności. Kiedy czytałem niektóre z moich opowieści dzieciom uchodźców podczas mojego pobytu w Irlandii wtedy sam czułem się jak Jim Rook. Te dzieci były bardzo inteligentne, pomimo tego, że wychowywały się w wiecznej podróży, nie chodziły szkoły. Jedna z tych opowieści zamieniła się później w książkę "Anioł Jessiki".

- Kilka lat temu opublikowano w Polsce komiksową adaptację kilku Pańskich opowiadań. Jak się Pan czuł widząc niesławnego "Eryka Paszteta" w takiej formie?

Tak, ten komiks nosił tytuł "Piekielne wizje" i został wydany przez Mandragorę we Wrocławiu - myślę, że to świetny zbiór. Szczególnie podobał mi się właśnie "Eryk". Wzięcie się za tę historię wymagało sporej odwagi i uważam, że rysownik wspaniale sobie z nią poradził. Wiele moich opowiadań było też przerabianych na komiksy przez Verotikę w Ameryce.

- Napisał Pan już tyle powieści i opowiadań, że nie mam wątpliwości, że nie cierpi Pan na brak pomysłów. Ale czy któryś z nich wydał się Panu kiedyś najgenialniejszym ze wszystkich?

Ostatni pomysł jest zawsze tym najlepszym. Właśnie skończyłem pisać powieść "An American Vampire-Hunter In London" - jest ona osadzona w miejscu i czasie mojego dzieciństwa, na przedmieściach, w latach 50-tych, stała się więc ona nostalgiczną wycieczką w przeszłość. Poza tym opowiada ona o wyjątkowo przerażających wampirach i stawia je w nowym świetle. Wciąż uważam też, że seria "Wojownicy nocy" to bardzo silna pozycja w moim dorobku, choć przyćmił ją nieco "Koszmar z ulicy Wiązów", który oparty był na bardzo podobnym pomyśle, a pojawił się wkrótce po wydaniu mojej książki. Ostatnio napisałem też właśnie czwartą powieść z tej serii - "Night Wars" - i jest ona pełna spektakularnych walk w świecie snów, a do tego jednym z jej bohaterów jest ów dżentelmen z nadwagą, który spodobał ci się w opowiadaniu "Hamburgery z Calais" - John Dauphin.

- Niektórym czytelnikom nie podoba się to, że wszystkie Pana horrory oparte są na podobnym pomyśle: główny bohater musi wziąć się za bary z demonem, upiorem lub potworem wywodzącym się z jakiejś starożytnej kultury. Czy kiedykolwiek zastanawiał się Pan nad złamaniem tej zasady?

"Bonnie Winter" opowiada o kobiecie, która zajmuje się sprzątaniem miejsc zbrodni i samobójstw i powoli zaczyna wierzyć, że wszystkie one spowodowane są przez jakieś złe bóstwo - dzieje się to jednak wyłącznie w jej umyśle. "Koszmar" jest o głuchej kobiecie, która pracuje dla policji i zostaje porwana przez detektywa-psychopatę. "Zła przepowiednia" to historia dwóch snajperów jeżdżących zimą po Connecticut i dla zabawy strzelających do ludzi. "Święty terror" jest z kolei o maniaku religijnym, który straszy świat rozprzestrzenieniem wirusa hiszpańskiej grypy (bardzo to zresztą na czasie, jeśli popatrzymy na obecną panikę związaną z ptasią grypą). "Wybuch" jest historią potentata w mediach, który wykorzystuje organizację terrorystyczną aby zemścić się na swoich rywalach. Czy mam wymieniać dalej?

- Jest Pan znany nie tylko z horrorów i thrillerów ale także z podręczników seksualnych. Czy pisze się je równie łatwo jak horrory?

Myślę, że dni pisania o seksie już się skończyły. Internet wbił kołek w ich serce. Ale trzeba przyznać, że trochę doświadczenia w tych kwestiach zdobyłem: w latach 70-tych pracowałem dla magazynów o tematyce seksualnej, poznałem wielu znawców tej dziedziny oraz osoby mające w niej poważną praktykę - na przykład Xavierę "The Happy Hooker" Hollander czy holenderską dominę Monique von Cleef. Moje książki miały zawsze formę zbioru anegdot, ludzie opowiadali w nich co najbardziej lubią, jakie mają problemy i jakie formy seksu chcieliby przeeksperymentować gdyby tylko mieli na to odwagę i przyzwalającego partnera. Te książki sprzedawały się kiedyś w milionach egzemplarzy, ale tak jak powiedziałem wcześniej - teraz ludzie szukają źródła edukacji i stymulacji seksualnej w internecie.

- Zapytałem Shauna Jeffreya - brytyjskiego autora horrorów i Pańskiego fana - jakie pytania zadałby gdyby sam przeprowadzał wywiad. Pierwsze to: jakie jest Pana zdanie na temat obecnego stanu świata wydawniczego?

Bardzo, bardzo, bardzo trudno się w nim odnaleźć. Szczególnie jeśli jest się autorem chcącym opublikować coś po raz pierwszy. Rozmawiałem wczoraj z brytyjskim wydawcą Christopherem Sinclair-Stevensonem (publikuje on moje powieści historyczne) i on sam stwierdził, że sytuacja świata wydawniczego zmieniła się nie do poznania. Obecnie wydawnictwa podlegają działom księgowości największych konglomeratów związanych z różnymi mediami i niezwykle trudno jest nawiązać tam z kimkolwiek osobisty kontakt. A nawet jeśli się to uda, okazuje się, że osoba ta ma tak naprawdę niewiele do powiedzenia jeśli chodzi o ostateczne decyzje.

- Trudniej więc dziś rozpocząć karierę pisarską niż wtedy, kiedy Pan ją zaczynał?

Tak, znacznie trudniej. Ale ja też miałem to szczęście, że jeszcze zanim zacząłem pisać książki dałem się już poznać moim wydawcom jako redaktor.

- Czy jest jakiś nieznany autor horrorów, którego widziałby Pan jako wschodzącą gwiazdę gatunku?

Nie czytam horrorów, więc obawiam się, że nie jestem w stanie podać tu żadnego nazwiska - ani znanego ani nieznanego.

- Jak długo przygotowuje się Pan do napisania książki? I która powieść wymagała najdłuższego przedzierania się przez inne pozycje po to, aby dowiedzieć się wystarczająco dużo o jakiejś epoce, wierzeniach i tak dalej?

Zgłębiam dany temat w trakcie pisania. W ten sposób całe tło powieści rozwija się jednocześnie z bohaterami. Jedyną radą, jaką mogę dać młodemu pisarzowi jest osadzanie wszelkich fikcyjnych wydarzeń w miejscach, które autentycznie istnieją lub istniały. Nie tylko sprawi to, że cała historia będzie bardziej wiarygodna, ale pozwoli też z pewnością odkryć mnóstwo ciekawych faktów, które niewątpliwie wzbogacą zarówno fabułę jak i bohaterów. W chwili obecnej pracuję nad opowieścią rozgrywającą się w Cincinnati, w stanie Ohio i historia niemieckich imigrantów, którzy się tam osiedlili dodała głębi głównym bohaterom, dopisując im niezwykle kolorową przeszłość. Co więcej, w Cincinnati znajduje się jeden z największych rollercoasterów w Ameryce - "Son of Beast" - co dało mi tytuł dla tej historii i przydomek dla psychopatycznego mordercy, o którym opowiada. Wszystko to odkryłem już w trakcie pisania. Natomiast powieścią, która wymagała najdłuższego przygotowania była prawdopodobnie "Rich", moja pierwsza saga historyczna, a na drugim miejscu "Empress", rozgrywająca się w czasach brytyjskich rządów w Indiach. Wiele czasu poświęciłem też przygotowując się do napisania "Dziecka ciemności", którego akcja osadzona jest w Warszawie. Wkrótce zamierzam napisać kolejny horror rozgrywający się w Polsce - tym razem we Wrocławiu. Fabuła jest jednak na razie sekretem, głównie dlatego, że sam nie mam jeszcze pojęcia czego będzie dotyczyć.

- Według Stephena Kinga należy jak najwięcej czytać aby nieustannie doskonalić swój warsztat pisarski. Pan powiedział kiedyś, że pisanie zajmuje Panu tyle czasu, że nie starcza go już na czytanie. Czy to możliwe aby Stephen King nie miał racji?

Czytam bardzo niewiele prozy. Jako zawodowy pisarz zbyt wyraźnie widzę jak jest ona skonstruowana, jak wszystko musi się ze sobą połączyć - i jak ja podszedłbym do tej samej historii. Przywiązuję dużą wagę do technicznych aspektów swoich książek - do tego, jak są konstruowane zdania, jaki rytm mają dialogi i opisy. Myślę, że przede wszystkim należy zadbać o to, aby stać się niewidzialnym dla czytelnika. Po reżyserze filmu nigdy nie oczekujemy, że stanie obok nas i będzie nam tłumaczył jak sprytnie rozwiązał to czy inne ujęcie, albo jak długo musiał szukać jakiejś lokalizacji. Powołując się na słowa Williama Burroughsa - który wiele mnie nauczył o tym, jak pisać - pisarz powinien być "El Hombre Invisible" - niewidzialnym człowiekiem. Czytam jednak bardzo dużo literatury faktu, interesuję się mapami.

- Największy polski magazyn o tematyce science-fiction, Nowa Fantastyka, właśnie zaczął publikować Pańskie felietony (pierwszy z nich ukazał się w wydanym właśnie numerze grudniowym). Wydaje się, że to bardzo dobry pomysł, ale czego właściwie będą dotyczyły te felietony? Horroru? Fantastyki? Bo raczej na pewno nie seksu?

To będzie stała kolumna poświęcona horrorowi, fantastyce i mojemu cudownemu życiu. Może nieco seksu, w rozsądnych granicach, też się tam wkradnie - jeśli tylko mi na to pozwolą. Pierwszy felieton jest o badaniach, które poświęciłem rozkładowi ciała, o tym jak szalenie szybko istota ludzka zamienia się w składniki, z których powstała. Czy wiedzieliście na przykład, że wystarczy zaledwie tydzień aby ciało zamieniło się w galaretowatą masę, coś na kształt rozgotowanego kurczaka? Po kolejnym tygodniu jest to już tylko szara, tłusta maź. Wiedząc o tym widzimy jakim nonsensem są wszelkie filmy o zombie.

- Prosiłbym o krótki komentarz na temat następujących powieści:

"Dżinn" - To w zasadzie nowa wersja "Alibaby i czterdziestu rozbójników". Opowiada o starożytnych klątwach, przerażających arabskich duchach i o tym, że nie należy otwierać niczego, co dawno straciło swoją datę ważności.

"Demony Normandii" - O tym, jak Naziści zostali pokonani przez trzynastowieczne demony i własny brak poczucia humoru.

"Zemsta Manitou" - Mściwe duchy Indian opętują jedenastoletnich uczniów i przemieniają je w potwory. Ale czy ktoś tak naprawdę zauważa różnicę?

"Tengu" - Japończycy wykorzystują zombie aby zemścić się za Hiroszimę. Tak jakby sushi nie było wystarczającą zemstą.

"Wojownicy nocy" - Grupa zwykłych ludzi staje się we śnie zbrojnymi wojownikami, którzy walczą ze złem w koszmarach śnionych przez innych. Niestety nie znajdują leku przeciwko chrapaniu.

"Zwierciadło piekieł" - Wstrętna dziecięca gwiazda filmowa, zamordowana przez matkę, powraca do życia wewnątrz lustra. Nieuleczalnie narcystyczne dziecko.

"Rytuał" - Sekta kanibali-smakoszy porywa dziecko głównego bohatera i przygotowuje się do uczty. Jedna z tych powieści, które mogą zostawić nieprzyjemny posmak w ustach.

"Czarny anioł" - Przesiąknięty złem demon szerzy mrożącą krew w żyłach przemoc na ulicach San Francisco. Demon ten jest niezdolny do mówienia prawdy więc niezwykle łatwo pomylić go z politykiem.

"Dziecko ciemności" - Osoba, która przeżyła Powstanie Warszawskie staje się źródłem horroru w odżywającym mieście... na niektóre tematy nie wypada żartować. Kiedy przygotowywałem się do napisania tej książki wielu mieszkańców Warszawy twardo zaprzeczało, że niektóre dobrze udokumentowane zbrodnie nigdy się nie zdarzyły. Po prostu wymazali je z pamięci.

"Koszmar" - Głucha kobieta pomaga policji czytając z ust przestępców planujących zbrodnie, ale jest prześladowana przez coraz to wstrętniejszego pecha. Jedynym pocieszeniem pozostaje fakt, że bohaterka nigdy nie usłyszy żadnej płyty Barry'ego Manilow.

- "Bonnie Winter", "Portret rodzinny" i "Rytuał" były swego czasu rozważane jako źródła adaptacji filmowych. Jak wyglądają szanse na powstanie tych filmów?

Opcję na adaptację "Bonnie Winter" wykupił swego czasu Jonathan Mostow (reżyser "U-571" i "Terminatora 3") ale jego prawa już wygasły i nie zostały odnowione. "Portret rodzinny" został kupiony przez Gold Circle i z tego co wiem jest w zaawansowanym stadium produkcji - trzymam kciuki i sypię sól przez lewe ramię. "Wyklęty" został zakupiony przez Phoenix Pictures i - znowu - mam szczerą nadzieję, że wreszcie skończy na dużym ekranie. "Rytuał" nabyła rzymska wytwórnia NoShame Films - film ma zostać wyreżyserowany przez Mariano Baino ("Dark Waters") a zdjęcia powinny rozpocząć się na wiosnę 2006 w Macedonii.

- Nie jest Pan podobno fanem takich filmów jak "Hellraiser" Clive'a Barkera czy "Mucha" Davida Cronenberga". Jakie więc horrory Pan lubi?

"Mucha" podobała mi się bardzo. "Hellraiser" był niezły ale jak dla mnie nieco zbyt obrzydliwy. Lubię "The Ring". Lubię "The Descent". Podobał mi się japoński oryginał "Dark Water" (nie należy mylić z "Dark Waters" Baiano). Generalnie wolę horrory, które nie epatują widokiem krwi. Trudno pokazać na ekranie krew i wnętrzności pozostając jednocześnie w granicach dobrego smaku - przecież nawet na papierze mogą one spowodować mnóstwo problemów... co, jak sądzę, sprowadza nas z powrotem w rejony opowiadania "Eryk Pasztet".



HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem
HO, Wywiady - Wywiad z Grahamem Mastertonem

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -