Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania

Krzysztof Gonerski & Adach

„Horror pozostaje jedynym ważnym mitem kina, który Anglicy mogą uznać za własny i który jest dla tego kraju równie charakterystyczny, jak western dla Ameryki” – pisał angielski historyk filmu, David Pirie. I jeśli nawet ta opinia wyda się nam przesadzona, to na pewno nie w całości. Według serwisu IMDB brytyjskie kino grozy pod względem potencjału produkcyjnego ustępuje tylko Stanom Zjednoczonym, plasując się z liczbą 1102 produkcji przed takimi horrorowymi potęgami, jak Japonia (738) czy Włochy (531). Brytyjskie kino grozy wyróżnia także długowieczność. Pierwszy obraz, który posiadał elementy grozy, został zrealizowany w 1910 r.. To wprawdzie znacznie później niż w przypadku Francji, Japonii czy Stanów Zjednoczonych, ale ze sporym wyprzedzeniem w stosunku do wielu innych krajów szczycących się rozwiniętym kinem grozy (np. w Hiszpanii, pierwszy „oficjalny” horror powstał dopiero w 1944 r.). Brytyjczycy przysłużyli się także światowemu horrorowi, dorzucając do niego nie jedną wybitną filmową cegiełkę. Takie obrazy jak „Dead of Night”(1945), „The Quartermass Xperiment” (1955), „Peeping Tom” (1960), „Repulsion” (1965), „Plague of the Zombies” (1966), „Don`t Look Now”(1973), „Alien” (1979), „Hellraiser” (1987), „28 Days Later” (2002) i wiele innych, to nie tylko udane horrory, częstokroć wytyczające nowe kierunki światowej grozy, ale po prostu znakomite filmy, wykraczające poza gatunkową konwencję. Listę zasług dla światowego dziedzictwa filmowej grozy moglibyśmy z pewnością jeszcze długo ciągnąć, przekonując, że horror „wyspiarski” to nie tylko filmy słynnej wytwórni Hammer, ale znacznie, znacznie więcej.
Ale zacznijmy od początku.


CZĘŚĆ I: lata 1910-1976

Nieme początki

Prahistoria brytyjskiego horroru była nie tylko niema, ale także niezbyt okazała. Pierwsze krótkie, jednoscenowe filmiki, z elementami kina grozy (tajemnica, morderstwo, przemoc itp.) powstawały już w 1902 r. („A Fight with Sledgehammers”, “Maria Marten: or, The Murder at the Red Barn” – oba filmy w reżyserii Dicky Winslowa ). Jednak pierwszeństwo w krystalizowaniu się gatunku na Wyspach Brytyjskich przyznać należy późniejszemu o osiem lat filmowi „The Duality Man”. Wyprodukowany przez niewielką wytwórnię Wrench Films, charakteryzował się cechami właściwymi dla klasycznego horroru. Podstawę scenariusza H.R. Irvinga (syna słynnego aktora teatrów elżbietańskich sir Henry Irvinga) stanowiła powieść Roberta Louisa Stevensona pt. „Dziwny przypadek dr Jekylla i Mr Hyde`a”. Horror po dziś dzień wspiera się literaturą, a w okresie swego filmowego niemowlęctwa adaptacje popularnych utworów literackich grozy były wręcz zasadą. „Student z Pragi”, „Nosferatu- symfonia grozy”, „Upiór w Operze” i wiele innych filmów ówczesnych czasów stanowiły mniej lub bardzie wierne adaptacje dzieł literatury. Ważny okazał się też motyw dwoistości ludzkiej natury, który pojawił się w, trwającym ledwie pięć minut, „The Duality Man”. Motyw „złego sobowtóra” znajdzie rozwinięcie w klasycznych dziełach niemego kina grozy – „Studencie z Pragi”, „Gabinecie dr Caligari”, czy „Golemie”. „The Duality Man”, rzecz jasna, w niewielkim stopniu przypominał filmy grozy znane choćby z lat trzydziestych. Kino znajdowało się wówczas na etapie „jarmarcznym” i bliższe było kuglarskim pokazom niż sztuce przez duże „s”. Ale nie zmienia to faktu, że był pierwszą świadomą próbą Brytyjczyków w kinie grozy.

Kolejne próby wypadały już znacznie bardziej okazale. W 1914 r. Cecil M. Hepworth, jeden z pionierów brytyjskiego przemysłu filmowego, wyreżyserował „The Basilisk”, prawie półgodziną opowieść o pewnym wyznawcy mesmeryzmu, który hipnotyzuje piękną kobietę, by skłonić ją w tym stanie do morderstwa narzeczonego.

Obraz Hepwortha, z dzisiejszej perspektywy interesujący jest jako próba komentarzu do modnych na początku XX w. okultystycznych kierunków. Mesmeryzm, mediumizm czy psychoanaliza wyrażały nie tylko zainteresowanie ówczesnych elit intelektualnych, ale odzwierciedlały kryzys wartości opartych na pozytywistycznej filozofii i naukowym racjonalizmie. „The Basilisk” zatem nie tylko prezentował konkretną historyjkę, ale jednocześnie wpisywał się nią w pozafilmowy kontekst rzeczywistości.

„The Black Night” Percy Nasha z 1916 r. wskazywał na inną cechę, która w czasach nam współczesnych niemal zdominowała kino grozy. Chodzi o podatność horroru na symbiozę z innymi filmowymi gatunkami. Obraz Nasha, opowiadając o kradzieży, morderstwie i bezwzględnym szantażyście łączył w sobie zarówno elementy kryminału, dramatu, jak i horroru. Choć ten ostatni, jak można przypuszczać, zaznaczał swą obecność raczej symbolicznie.

Pochodzący z 1919 r. „The Beetle” Alexandra Butlera, natomiast to adaptacja powieści „Skarabeusza Izydy”, poczytnego angielskiego autora powieści sensacyjnych i horrorów, Richarda Marsha. Historia zemsty sekty czcicieli bogini Izydy odznaczała się kilkoma niesamowitymi scenami i przyzwoitym nastrojem grozy, choć nadal niedostatki techniczne nie pozwalały twórcom na przeniesienie na ekran wszystkich fantastycznych pomysłów zawartych w książce.

Adaptacjami literackimi twórczości słynnych pisarzy były także dwa filmy z elementami grozy z lat dwudziestych. W „Desire” . (1920) George`a Edwardes-Hall`a scenariusz wspierał się na utworach Honoriusza Balzaka, a w „Prelude” . (1927) Castletona Knighta wykorzystano jeden z poematów Edgara Allana Poe. Brytyjczycy sięgali również po twórczość rodzimych pisarzy. Nikogo zapewne nie zdziwi, że najchętniej adaptowali prozę Artura Conan Doyle`a, zwłaszcza opowieści o genialnym detektywie, Sherlocku Holmesie. W 1920 r. po raz pierwszy przeniesiono jedno z najsłynniejszych opowiadań Doyle`a – „Pies Baskervillów”. „The Hound of the Baskervilles” . wyreżyserował Maurice Elvey, a jego film zapoczątkował serię adaptacji utworu twórcy Sherlocka Holmesa trwającą aż po czasy współczesne ( telewizyjny film z 2002 r.).

„The Lodger” . (1927) to adaptacja powieści Marie Belloc Lowndes pod tym samym tytułem, luźno inspirowanej historią nigdy nieujętego legendarnego Kuby Rozpruwacza. Nie to jest jednak w tym filmie szczególne. Szczególna jest osoba, która stanęła za kamerą, bo jest nią, wówczas, ledwie dwudziestoośmioletni Alfred Hitchcock. Sam Mistrz określił w jednym z wywiadów. „The Lodgera” jako „pierwszy prawdziwy ”. W filmie odnajdziemy bowiem wszystkie rozpoznawalne elementy stylu reżysera: fabułę opowiadającą o człowieku wciągniętym w wir niezrozumiałych, śmiertelnie niebezpiecznych zdarzeń, grę z oczekiwaniami widza, suspens, zaskakujące zakończenie, blondynki, a nawet debiut twórcy w roli statysty (i to w dwóch ujęciach). „The Lodger” jest wprawdzie bardziej pod względem fabuły bliższy thrillerowi, lecz sposób jego filmowania odwołujący się do niemieckiego ekspresjonizmu, właściwy jest jak najbardziej kanonom horroru.

Niektóre jednak nieme filmy grozy z Wysp zdradzały dość wyraźną inspirację nie literaturą, lecz innymi filmowymi obrazami. „Chambers of Horrors” . Waltera Summersa z 1929 r. opowiada historię mężczyzny, który najwyraźniej traci zmysły. Jest przekonany, że zabił swoją kochankę, lecz niespodziewanie odnajduje siebie samego w przerażającym muzeum figur woskowych. Skojarzenie ze słynnym horrorem Paula Leni, „Muzeum figur woskowych” (1924) wydaje się w tym przypadku oczywiste.

Narodziny

Historycy kina brytyjskiego dzieje wyspiarskiego kina grozy datują jednak dopiero od 1933 r.. W tym właśnie roku, 25 listopada, na ekranach kin pojawił się „The Ghoul” . T. Hayes-Huntera. Gwiazdą filmu był Boris Karloff, świeżo po ogromnym sukcesie we „Frankenstein`nie” (1931) i „Mumii” (1932). W pierwszym dźwiękowym brytyjskim filmie grozy Karloff, w roli fanatycznego egiptologa, profesora Morlanta, nie odbiegł aktorsko od postaci posępnego kapłana Imhotepa obudzonego po tysiącu latach. W obrazie Hayesa-Huntera, bohater Karloffa dzięki magicznej mocy pewnego klejnotu, powraca ze świata zmarłych (w charakteryzacji przypominającej nieco tę z „Frankensteina”), by na tych, którzy pozbawili go życia, dokonać zemsty.

„The Ghoul” zasłynął także jako pierwszy horror, któremu The British Board of Film Censors przyznało kategorię “H” (“horrific” – “przerażający”). Jak na ironię obraz nie był nazbyt straszny, lecz pierwsza i nie ostatnia kłoda stróżów moralności pod nogi dopiero rodzącego się kina grozy została rzucona. Film miał pecha nie tylko do cenzorów. Przez wiele lat utwór Hayesa-Huntera uznany był za zaginiony. Odnaleziony został dopiero w …Czeskim Archiwum Filmowym w Pradze w kiepskim technicznie stanie. Na szczęście kopię filmu poddano gruntownej renowacji i film w 2003 r. został wydany na DVD.

Przed epoką Hammera

W latach trzydziestych i czterdziestych „wyspiarski horror” wciąż nie należał do szczególnie ulubionych przez publiczność, ale rozwijał się bez większych przeszkód. Co więcej to właśnie w tym okresie brytyjskie kino grozy odnotowało pierwsze sukcesy komercyjne i artystyczne.
W 1936 r. przebojem kin w Wielkiej Brytanii stał się dość nieoczekiwanie „The Ghost Goes West” . (znany w Polsce pod tytułem „Upiór na sprzedaż”). Jego twórcą nie był jednak rodzimy reżyser, lecz debiutujący w Anglii, Francuz, Rene Clair. Clair miał za sobą znaczący, choć niedługi romans z filmową awangardą („Antrakt”) oraz znakomicie przyjęte, wielokrotnie nagradzane komedie: „Milion”, „14 lipca”, czy „Na dachach Paryża”. Całkiem więc zrozumiałe, że na swój pierwszy zagraniczny film wybrał komedię. Szkoda, że sukces „The Ghost Goes West” w dużej mierze wynikał z dawki inteligentnego humoru, a nie z powodującego ciarki na plecach strachu. Niemniej grozy nawet, jeśli potraktowanej z przymrużeniem oka, w filmie Claira nie brakuje. Szkocki arystokrata, Donald Glourie (w tej roli ceniony brytyjski aktor Robert Donat), aby poprawić swą tragiczną sytuację finansową godzi się sprzedać rodzinną posiadłość – wielki ponury zamek pewnemu nieprzyzwoicie bogatemu Amerykanowi. Kupujący cegła po cegle przenosi budowlę na Florydę, nie zdając sobie sprawy, ze wraz ze zamkiem przeprowadza jego odwiecznego mieszkańca – upiora
.
W 1988 r. irlandzki reżyser, Neil Jordan, zrealizował remake słynnego komedio-horroru Rene Claira , pt “High Spirts” z Liamem Neesonem, Petere`m O` Toole`m, i Daryl Hannah. Mimo znakomitej obsady i zdolnego reżysera za kamerą nie udało się dorównać legendzie „The Ghost Goes West”.

„The Ghost Train” z 1941 r. jest co prawda również obrazem łączącym komedię z grozą, lecz tym razem tej ostatniej jest znacznie więcej. Jest to opowieść o grupie pasażerów, która utknęła na opuszczonej, wiejskiej stacji kolejowej. Bohaterowie poznają miejscowe złowieszcze legendy o duchach, które wydostają się z wraku starego pociągu i nękają zbłąkanych w okolicy podróżnych.

Twórcą filmu był Walter Forde, ale większą uwagę miłośników horroru, zwłaszcza starszego, zwraca nazwisko autora dialogów – Vala Guesta (twórca dwóch pierwszych i najlepszych filmów o profesorze Quatermass`ie). Scenariusz filmu oparto na popularnej sztuce Arnolda Ridley`a, ale film zawdzięcza wiele także pierwszej, zaginionej wersji, którą Forde zrealizował w 1931 r.. Późniejszy o dziesięć lat „The Ghost Train” jest więc rzadkim przypadkiem remake`u własnego filmu.

„Dead of Night” („U progu tajemnicy”) z 1945 r. można uznać za pierwszy znaczący pod względem artystycznym sukces brytyjskiego kina grozy, którego sława sięgała poza granice Wysp. Był to też obraz zapowiadający „tłuste lata” wyspiarskiego horroru, który w drugiej połowie lat pięćdziesiątych stanie się rozpoznawalny na całym świecie.

Twórcą „Dead of Night” był producent filmowy Michael Balcon, wielka postać angielskiego przemysłu filmowego, szef produkcji wielu znanych wytwórni filmowych (m.in. MGM-British, Ealing), a także osoba, która pomagała w latach dwudziestych w karierze wówczas mało znanego reżysera, Alfreda Hitchcocka. Warto też dodać, że Balcon był dziadkiem wybitnego angielskiego aktora, o międzynarodowej sławie, Daniela Day-Levisa.

Balcon, wpadł na pomysł, by zamiast jednej historii, opowiedzieć kilka, łącząc je historią ramową. Do swego projektu zaprosił reżyserów, z którym wcześniej pracował w słynącej z komediowego repertuaru wytwórni Ealing. Alberto Cavalcanti, Charles Crichton, Basil Dearden oraz Robert Hamer stworzyli jedną z najlepszych w dziejach gatunku antologię grozy. Choć nie wszystkie z czterech historii odznaczały się stosownym nastrojem grozy („Opowieść golfisty” w reżyserii Charles`a Crichtona ma wręcz komediowy charakter), ale nowela pt „Lalka brzuchomówcy” (reż. Alberto Cavalcanti) o upiornej marionetce stopniowo przejmującej kontrolę nad swym panem, czy historia wyreżyserowana przez Roberta Hamera, pt. „Nawiedzone lustro” o parze nowożeńców ulegających złowieszczemu wpływowi przeklętego zwierciadła wciąż budzą grozę i autentycznie niepokoją. Mistrzowski wykorzystaniem konstrukcji „zamkniętego koła” odznacza się także opowieść ramowa, zwłaszcza w niesamowitym finale. Bohaterowie poszczególnych historii przenikają do „rzeczywistości”, która okazuje się nie tylko sennym koszmarem, ale na dodatek koszmarem, z którego nie można się przebudzić.

Z perspektywy czasu film może wydać się nieco staroświecki, lecz w tej staroświeckości wyczuć można rzadko dziś spotykaną elegancję i kulturę realizacji.

„Złota Epoka”

W grudniu 1934 r. William Hinds, popularny komik, a przy tym przedsiębiorczy biznesmen, zarejestrował własną firmę producencką, Hammer Productions Ltd.. Siedziba wytwórni mieściła się przy Regent Street, w Londynie, w zaledwie trzech pokojach, w wieżowcu Imperial House. Swoją nazwę firma Hindsa zawdzięcza jego scenicznemu pseudonimowi – Willowi Hammerowi.

Pierwszym filmem, który wyprodukowała nowa wytwórnia był „The Public Life of Henry the Ninth” (premiera – 2 styczeń 1935 r.). Z perspektywy dziejów studia Hammera ważniejsza okazała się inna data – 10 maja 1935 r. W tym dniu bowiem Hinds oraz hiszpański emigrant, Enrique Carreras, założyli firmę dystrybucyjną Exlusive Films, która zajęła się dystrybucja filmów Hammera. W przyszłości okaże się, że znaczenie powołania nowej firmy wykroczy poza zwykłą dystrybucję filmów. Syn Carrerasa, James wraz z synem Hindsa, Anthonym doprowadzą bowiem w drugiej połowie lat 40. do ponownych narodziny słynnego studia, tym razem jako Hammer Films Production. W 1937 r. firma Williama Hindsa zbankrutowała, przetrwała jedynie Exclusive Films, stając się w przyszłości przyczółkiem „nowego” Hammera.

Zarówno w latach 1935-37, jak też w latach 40. aż do połowy lat 50. Hammer nie ograniczał się w produkcji filmów konkretnego gatunku. Zresztą nawet w czasie, gdy królował w wytwórni horror, studio stawiało na różnorodność. We wspomnianych okresach działalności firmy Hindsa, a potem Hindsa i Carrerasa, film grozy pojawiał się raczej rzadko w repertuarze. Pierwszym horrorem, wyprodukowanym przez słynne studio był pochodzący z 1935 r. obraz Dennisona Clifta „The Mystery of the Marie Celeste” (w USA znany jako. „The Phantom Ship”). Gwiazdą filmu był Bela Lugosi, który zagrał w filmie Antona Lorenzena, marynarza, który okazał się sprawcą tajemniczego wyginięcia załogi. Obraz Clifta jest dziś interesujący jako jeden z pierwszych „praprzodków” slashera, zawiera bowiem charakterystyczne elementy dla tej popularnej w latach 70. i 80. odmiany horroru: mordercę-mściciela, ograniczoną powierzchnią statku przestrzeń i stopniową eliminację członków załogi. Ze względu jednak na cenzurę i czasy, w których powstawał dziś raczej nudzi niż straszy.

Na kolejny film grozy, a nie mroczne kryminały, które w owym czasie Hammer produkował, trzeba było poczekać do 1955 r. W międzyczasie Hammer przeniósł swoje filmowe studio nad brzeg Tamizy, w pobliże niewielkiej wioski, Bray, w której znajdował się dwór, otoczony zielonym ogrodem. Wnętrza budynków mieszkalnych, dzięki staraniom scenografa, Bernarda Robinsona, zagrały w wielu horrorach Hammera, podobnie zresztą jak piękny ogród wokół dworu. Mimo korzystania z tych samych scenerii, tylko sprawne oko dostrzec może, że zarówno opowieści o transylwańskim księciu Draculi czy posępne laboratorium Frankensteina miały za tło te same wnętrza i plenery. W studiu Bray aż do 1966 r. realizowano horrory, późniejsze produkcje grozy sprawiały wrażenie jakby zagubiły charakterystyczny klimat, jaki posiadały wcześniej.

W 1951 r. doszło do jeszcze jednego ważnego dla rozwoju Hammera, a zwłaszcza horroru wydarzenia. Exlusive oraz Hammer podpisały umowę z amerykańskim producentem, Robertem Lippertem, na mocy której obie strony zobowiązały się do wzajemnej dystrybucji filmów: Amerykanin miał wprowadzać do amerykańskich kin angielskie filmy, a Anglicy – amerykańskie. Kontrahent zza Atlantyku zobowiązał się także do „wypożyczania” amerykańskich aktorów.

W ten sposób, Amerykanin, Brian Donlevy, mógł zagrać główną rolę w „The Quatermass Xperiment” (Zemsta kosmosu).Wyreżyserowany przez Vala Guesta w 1955 r. obraz, przeszedł do historii kina grozy jako pierwszy horror science-fiction, zaś do historii wytwórni Hammera, jako film, który rozpoczął w dziejach studia nową, „złotą epokę”.

Stanowiący adaptację „pierwszego serialu SF dla dorosłych”, autorstwa Nigela Kneale`a, zrealizowanego dla BBC i wyświetlanego w TV latem 1953 r. (sześć odcinków ), obraz Guesta opowiadał historię pewnego kosmonauty. Powróciwszy z kosmosu, został on zainfekowany przez tajemniczego wirusa. Na skutek tej infekcji bohater stopniowo, acz nieuchronnie, przemienia się w potwora. Fabuła nie była może zbyt porywająca, lecz o sukcesie filmu zadecydowały zimnowojenne odniesienia, sprawna reżyseria Guesta, kreacje Donlevy`ego jako profesora Quatermassa oraz Richarda Wordsworth`a w roli nieszczęsnego kosmonauty, a nade wszystko efekty specjalne autorstwa Lesa Bowie`ego (m.in. efekty do „2001. Odysei kosmicznej” oraz do większości horrorów SF Hammera). Dziś owoce pracy Bowie`go nie sprawiają takiego wrażenia, lecz z pewnością w latach 50. wielu widzów mogło poczuć się zszokowanym. To miedzy innymi z powodu, nielicznych zresztą scen, mutacji bohatera w wielką roślinę, angielscy cenzorzy zmienili jedną literę w tytule. Zamiast „E”, pozostało „X” stąd nie „experiment” tylko „xperiment”. Literka „x” oznaczała bowiem „film tylko dla dorosłych”.

Mimo cenzorskich ograniczeń obraz Guesta okazał się olbrzymim sukcesem komercyjnym w USA, gdzie był wyświetlany pt „The Creeping Unknown”. „The Quatermass Xperiment” podbił serca nie tylko amerykańskich widzów, lecz także producentów. United Artists, skierował film do szerokiej dystrybucji, a szef 20th Century Fox, Darryl F. Zanuck, pluł sobie pewnie w brodę, bo odmówił rozpowszechniania filmu Guesta, zafascynowany nową techniką – cinemascopem, do którego angielski film nie był dostosowany.

Brytyjczycy poszli za ciosem. W 1956 r. powstał „X- The Unknown” w reżyserii Leslie Normana (film miał być oficjalnym sequelem „The Quatermass Xperiment”, lecz Nigel Kneale wycofał zgodę na sprzedaż praw do oryginalnego projektu) oraz „The Gamma People” Johna Gillinga. Rok później, chimeryczny Kneale, nie miał już obiekcji, by wykorzystać jeden z jego telewizyjnych scenariuszy, jako podstawę drugiej części „The Quatermass Xperiment”, zatytułowanej po prostu „Quatermass 2”. Za kamerą ponownie stanął Val Guest, a wielu miłośników horroru SF uważa tę część nawet za lepszą od pierwszego filmu z serii. Historia, którą nam zaprezentowano dotyczy pewnej ściśle tajnej bazy wojskowej, z której profesor Quatermass (ponownie Brian Donlevy) stara się wydostać swego asystenta. Przy okazji odkrywa ogólnoświatowy spisek, za którym stoi amerykański rząd i kosmici, zagrażający ludzkości.

Opowieść o profesorze Quatermass`ie doczekała się jeszcze dwóch, niezbyt udanych, sequeli – „Quatermass and the Pit” (1967) w reżyserii Roya Warda Bakera i „The Quatermass Conclusion” (1979) Piersa Haggarda, a także telewizyjnego remake`u z 2005 r. oraz trzech nowych sezonów serialu: w 1955 r., 1958 r., oraz w 1979 r..

O fantastykę zahaczała także dylogia Roberta Fuesta, której bohaterem był dr Anton Phibes. W „The Abominable Dr. Phibes” („Odrażający dr Phibes”) z 1971 r. Vincent Price, w setnej w swojej karierze roli, zagrał tytułową postać - bogatego i szalonego geniusza, który w wymyślny sposób, odwołując się do dziesięciu biblijnych plag, mści się na lekarzach odpowiedzialnych za śmierć małżonki.

Początkowo dr Phibesa miał zagrać Peter Cushing, ale zrezygnował z niej z powodu poprzedzającej produkcję filmu tragicznej śmierci żony, Violet Helen Beck (17 stycznia 1971 r.).

Obraz Fuesta okazał się sporym sukcesem, dlatego rok później na ekranach kin pojawił się „Dr. Phibes Rises Again” („Dr Phibes znów atakuje”). Sequel był filmem znacznie mniej interesującym. Jego twórcy nie kryli, że chodzi im tylko o wykorzystanie powodzenia części pierwszej, by na pomyśle, który już raz „chwycił”, jak najwięcej zarobić. Tym razem dr Phibes poszukuje Zwoju Życia, by z jego pomocą uczynić nieśmiertelną zmarłą żonę.

Próba wskrzeszenia postaci szalonego naukowca, którą w swych filmach podjął Robert Fuest, nie powiodła się, mimo iż reżyser nawiązuje w nich i do postaci Victora Frankensteina i Eryka, Upiora z Opery. Na początku lat 70. o tego rodzaju postaci można było jedynie opowiadać z przymrużeniem oka.

„Hammerowskie” horrory SF wywołały falę naśladownictwa, lecz to nie one stały się wizytówką firmy. Tę zapewniły nowe wersje klasycznych filmów grozy z wytwórni Universal. Filmem, który przekonał wspólników zza oceanu był „The Curse of Frankenstein” („Przekleństwo Frankensteina”), w którym słynne Monstrum pojawiło się po raz pierwszy w kolorze. Przez wiele długich lat, ten kosztujący pół milona dolarów obraz, wyreżyserowany przez czołowego twórcę Hammera, Terence Fishera, mógł się poszczycić mianem najbardziej dochodowego filmu w dziejach brytyjskiego kina. Tylko w roku swojej premiery, w 1957, zarobił w samych Stanach Zjednoczonych 7 mln dolarów, a nie są to wpływy obejmujące świat. Jednak to komercyjny sukces film Fishera przekonał największe amerykańskie wytwórnie – Columbie i Uinversal do zainwestowania w światową dystrybucję skromnego horroru z Wysp Brytyjskich.

Ponieważ „nowy” Frankenstein objawił swe oblicze w kolorze, z towarzyszeniem nie znanej z klasycznych horrorów dawki makabry i seksu, filmy grozy Hammera produkowano w trzech wersjach. Najmniej gwałtowną przeznaczano na rynek wewnętrzny, mocniejszą dla Ameryki, a najkrwawszą dla Japonii i Hong Kongu.

Film Fishera, do scenariusza Jimmy`ego Sangstera, dokonuje interesującej reinterpretacji charakterów głównych bohaterów: Victora Frankensteina oraz Monstrum. W „hammerowskiej” wersji uczony okazuje się szaleńcem, o wątpliwej moralności, gotowym na każdą ofiarę, by zrealizować swoje obłąkańcze idee. Victor Frankenstein, mówiąc krótko jest typem odrażającym, a co więcej mordercą. Monstrum zaś przestało być zagubionym, niewinnym stworzeniem o umysłowości dziecka, a stało się uosobieniem ślepej, brutalnej siły, istotą niosącą tylko śmierć i zniszczenie. Ponury nastrój udało się stworzyć nie tylko dzięki zdjęciom Jacka Ashera, ale także wyrazistym kreacjom Petera Cushinga i Christophera Lee – ikon „hammerowskiego” horroru. Ciekawostką jest fakt, że aktorzy, prywatnie wielcy przyjaciele, na planie „The Curse of Frankenstein” spotkali się nie po raz pierwszy. Pierwszy raz dane było im zagrać razem w „Hamlecie” (1948) Laurence Oliviera.

Sukces filmu Fishera starały się powtórzyć liczne sequele: „The Revenge of Frankenstein” (1958), “The Evil of Frankenstein” (1964), “Frankenstein Created Woman” (1967), “Frankenstein Must Be Destroyed” (1969), “The Horror of Frankenstein” (1970) oraz “Frankenstein and the Monster from Hell” (1973). Peter Cushing nie wystąpił w roli barona Victora Frankensteina, tylko w “The Horror of Frankenstein”, w którym zastąpił go Ralph Bates. Natomiast Christopher Lee był zbyt zajęty odtwarzaniem pozostałych „potworów Universalu” – Draculi i Mumii by kontynuować rolę Monstrum w kolejnych, niepowiązanych ze sobą częściach o Frankensteinie i jego dziełu. Zastąpili go zatem: Oscar Quitak („The Revenge of Frankenstein”), Ernie "Kiwi" Kingston (“The Evil of Frankenstein”), Susan Denberg (“Frankenstein Created Woman”), Freddie Jones (“Frankenstein Must Be Destroyed”) oraz David Prowse, w dwóch ostatnich sequelach, znany bardziej z roli Darth Vadera z gwiezdnej sagi. „Star Wars”.

W 1958 r. Hammer, z tą samą ekipą (Terence Fisher, Jimmy Sangster, Jack Asher oraz Peter Cushing i Christopher Lee) zajął się inną legendą kina grozy - Draculą i filmem Toda Browninga z 1931 r. Lee zagrał tytułowego bohatera, tworząc obok kreacji Beli Lugosiego, najsłynniejszą i najlepszą postać Księcia Wampirów z niemającego końca cyklu filmów o transylwańskim arystokracie.

Główny bohater „Draculi” Fishera w interpretacji Christophera Lee, w porównaniu do wizerunku stworzonego przez Lugosiego znacznie się różnił. Angielski aktor uczynił swego bohatera arogancko wyniosłym, nieskazitelnie „brytyjskim”, a przy tym emanującym seksualnością , której nie jest w stanie oprzeć się żadna kobieta. Lee nadał też swojemu bohaterowi rysy nieludzkie, zwierzęce, kryjące się pod arystokratyczną wyniosłością.

Obraz Fishera okazał się wielkim kasowym sukcesem. Tylko pierwszego dnia kosztujący 81 tys. funtów film zarobił ponad półtora miliona funtów. Naturalne więc, że w latach następnych Hammer wyprodukował jeszcze siedem horrorów z Draculą: „The Brides of Dracula” (1960, jedynie luźne nawiązania do postaci Draculi), “Dracula: Prince of Darkness” (1966), “Dracula Has Risen from the Grave” (1968), “Taste the Blood of Dracula” (1969), “Scars of Dracula” (1970), “Dracula AD 1972” (1972), “The Satanic Rites of Dracula” (1973), “The Legend of the 7 Golden Vampires” (1974 , koprodukcja z ze Shaw Studio, z Hong Kongu, bez udziału Christophera Lee).

Hammer nie poprzestał tylko na Frankenstein`ie i Draculi. W 1959 r. niezmordowany Terence Fisher wraz z Peterem Cushing`iem oraz Christopherem Lee, zrealizował „The Mummy” Film, wbrew powszechnej opinii, nie był remake`m obrazu Karla Freunda z 1932 r., lecz kompilacją wątków z dwóch późniejszych horrorów o mumii - „The Mummy's Hand” i „The Mummy's Tomb”. Także i ta „hammerowska” wersja doczekała się sequeli (trzech, ostatni pochodzi z 1973 r.).

Czwarty ze słynnych „potworów Universalu” – Wilkołak, pojawił się w filmie Hammera w 1961 r.. „The Curse of the Werewolf" w reżyserii Terence Fishera jest jedynym obrazem z tą słynną postacią kina grozy. Warto zauważyć, że film nie jest remake`m „The Wolf Man” (1941) George`a Waggnera, lecz adaptacją powieści "The Werewolf of Paris" Guya Endore`a..

Włodarze Hammera sięgali także po inne, wielokrotnie filmowane i cieszące się w przeszłości powodzeniem widzów fabuły. W 1962 r. Terence Fisher wyreżyserował „The Phantom of The Opera” („Upiór w Operze”), kolejną adaptację klasycznej powieści Gastona Leroux (rolę tytułową zagrał Herbert Lom). Fisher jest także reżyserem “The Two Faces of Dr. Jekyll” (1960) oraz “The Hound of the Baskervilles” (1959).

Ale horrory produkowane przez wytwórnie Hammera to nie tylko nowe wersje klasycznych filmów grozy. Podejmowano również próby wykreowania potworów, które nigdy wcześniej nie pojawiły się na ekranie. Przykładem ambicji Hammera była „The Gorgon” (1964), w reżyserii Terence Fishera, do scenariusza Johna Gillinga, z „hammerowskimi” gwiazdami w rolach głównych. Opowieść o starożytnemu potworze, który spojrzeniem przemienia ludzi w kamień, okazała się jednak schematyczna i mało wciągająca.

Znacznie lepsze wrażenie sprawiają dwa filmy Johna Gillinga, które zrealizował w 1966 r.. „The Plague of the Zombie” oraz „The Reptile” (“Kobieta-wąż”). Pierwszy z nich przenosi egzotyczny mit o zombie w czasy dziewiętnastowiecznej angielskiej prowincji, by opowiedzieć historię o okrutnych właścicielach ziemskich zmuszających okolicznych chłopów do ciężkiej pracy także po ich śmierci. Dopiero makabryczny bunt „żywych trupów” zakończy ten przerażający proceder. Film Gillinga, co warto podkreślić, był pierwszym w dziejach gatunku obrazem, w którym przebudzonych do życia zmarłych ukazano nie jako zahipnotyzowanych nieżywych (np. „I Walked With The Zombie”), lecz jako poruszające się, rozkładające zwłoki.

„The Reptile” jest z kolei nastrojową opowieścią, bliższą konwencji mrocznej baśni niż klasycznego horroru o przemianie pięknej kobiety ( tę rolę zagrała jedna z najurodziwszych aktorek Hammera, Jaqueline Pearce ) w „humanoidalnego” węża. Choć film dziś nikogo nie wystraszy, a po charakteryzacji tytułowej bestii widać budżetowe oszczędności, film Gillinga pozostaje jednym z najbardziej udanych przykładów stylu Hammera.

Przełom lat 60. i 70. przyniósł spore zmiany w poetyce gatunku. Pojawiły się filmy, które uznawane niegdyś za szokujące i krwawe horrory Hammera, pozostawiły daleko w tyle. „Noc żywych trupów”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”, „Egzorcysta”, „Ostatni dom po lewej” prezentowały dawkę przemocy, seksu, moralnego zepsucia w takim natężeniu i ilości, że nawet wszystkie razem wzięte horrory Hammera nie były w stanie się z nimi równać. Za sprawą rewolucji gore zapoczątkowanej przez filmy Hershela Gordona Lewisa, nurtów kontestacyjnych w kulturze, zniesienia cenzury, burzliwych wydarzeń politycznych (wojna w Wietnamie, zabójstwo Johna F. Kennedy`ego, protesty studenckie we Francji), radykalizacji społeczeństw ( powstanie organizacji terrorystycznych) eleganckie, stylowe „hammerowskie” horrory stały się nagle staroświeckie, niestraszne i nazbyt fantastyczne. Kino pierwszej połowy lat 70. stawiało na szokujący realizm, makabrę i wyzwolony seks. Szefowie Hammera starali się podążać za będącymi „na czasie” tendencjami. Dlatego w ostatnich filmach z serii o Frankenstein`ie, czy Draculi pojawiały się sceny softpornograficzne, a także gore (te pojawiają się choćby w "Scars of Dracula" z 1970 r.).

Najsłynniejszą serią Hammera, która próbowała dorównać ogólnoświatowym tendencjom kina grozy była tzw. „The Karnstein Trilogy” – luźno oparte na słynnej powieści Josepha Sheridan Le Fanu, „Carmilli” horrory poruszające temat lesbijskiej miłości. W pierwszym filmie trylogii, „The Vampire Lovers” (1970), najwierniejszym literackiemu pierwowzorowi, główną rolę zagrała blondwłosa piękność Ingrid Piit (Inguszka Petrow), urodzona w Polsce, Żydówka, która zasłynęła głownie rolami w horrorach (m.in. „hammmerowska” „Countess Dracula” z 1974 r., w którym wystąpiła jako Elżbieta Batory). W filmie pojawiło się zresztą więcej seksownych aktorek, co też stało się charakterystyczną cechą trylogii. W następnych filmach z serii: „Lust For a Vampire” ( 1971) oraz „Twins of Evil” (1972) było jeszcze więcej nagich kobiecych ciał i coraz mniej „Carmilli” Le Fanu.

Mimo wysiłków Hammera w dotrzymaniu kroku światowemu kinu grozy, w którym prym wiodły już nie fantastyczne monstra, lecz szaleńcy, psychopaci i slasherowi mordercy, skończyły się one niepowodzeniem. „To the Devil a Daughter” z 1976 r. w reżyserii Petera Sykesa był ostatnim kinowym horrorem wyprodukowanym przez Hammera. Fabuła, wykorzystująca wątki powieści Dennisa Wheatley`a, opowiadała o sekcie satanistów, starających się wcielić w młodą zakonnicę potężnego demona Astaroth`a, nie była nazbyt oryginalna. Podobieństwo do „Dziecka Rosemary”, „Omena” a nawet „Nie oglądaj się teraz” nie przysłużyły się filmowi. Nie pomogła ani gwiazdorska obsada z Richard`em Widmark`iem, Christopherem Lee, Denholmem Elliotem i Nastassją Kinski ( w trakcie zdjęć do filmu miała zaledwie piętnaście lat). „To the Devil a Daughter” zakończył trwającą kilkanaście lat „Złotą Epokę” kina grozy według Hammer Film Productions.

W latach 80. Hammer postawił na produkcję telewizyjną. W dziedzinie horroru jedynym ważnym i znaczącym wydarzeniem była emisja 13 odcinkowego serialu pt.: „Hammer House of Horror”. W poszczególnych epizodach pojawiali się znani aktorzy: Peter Cushing, John Finch, Brian Cox (Hannibal Lecter w „Manhunter”), Denholm Elliot czy Pierce Brosnan. Serial cieszył się sporym powodzeniem, ale przez dekadę lat 90. „hammerowski” horror zapadł w stan hibernacji. Dopiero w 2007 r. pojawiła się iskierka nadziei. Duński producent John De Mol i jego firma Cyrte Investments zakupiła Hammer Film Productions i pierwszym dziełem, który “stare-nowe” studio zaprezentowało widzom jest “Beyond The Rave” – 21 odcinkowy serial o wampirach, który miał w kwietniu 2008 r. premierę w…Internecie, na portalu MySpace.

Amicus i inni

Brytyjski horror lat 50.i 60. to nie tylko horrory Hammera. Sukces słynnego studia wywołał falę naśladownictwa, która zaowocował powstaniem licznych filmów jawnie podrabiających styl Hammera i sięgająca po te same tematy – wampiry, wilkołaki, spirytyzm, okultyzm itp. Najciekawiej pod względem jakości produkowanych filmów prezentowała się firma Amicus.

Założona przez amerykańskich producentów Miltona Subotsky`ego oraz Maxa Rosenberga wyspecjalizowała się w filmowych antologiach grozy. „Dr. Terror's House of Horrors” (1964) – pierwszy film nowelowy Amicusa, do scenariusza Miltona Subotsky`ego, „Torture Garden” (1967) – antologia na podstawie opowiadań Roberta Blocha, „The House That Dripped Blood” (1970) – również w oparciu o utwory Blocha czy „Tales from the Crypt” (1972) Freddiego Francisa (nie mylić z amerykańskim serialem pod tym samym tytułem z lat 1989-96 r.) oparty na komiksach EC Comics – to tylko najbardziej znane produkcje Amicusa. Filmy te charakteryzowały się podobnym schematem fabularnym – grupa nieznajomych wysłuchuje opowieści (których zazwyczaj było cztery lub pięć) tajemniczego narratora, udział w filmie brali popularni aktorzy (Peter Cushing, Chirstopher Lee, Denholm Elliot, Ralph Richardson, Donald Sutherland, a nawet… Joan Collins, gwiazda „Dynastii”) oraz zaskakującą puenta łączącą wszystkie przedstawione historie.

Najbardziej znanym i też najlepszym horrorem Tigon British Film Productions – niewielkiej wytwórni założonej przez Tony Tensera w 1966 r. pozostaje „Witchfinder General” („Pogromca czarownic”) z 1968 r. w reżyserii Michael Reeves`a. Warto na chwilę zatrzymać się przy osobie twórcy. Reeves miał dwadzieścia lat, gdy stanął za kamera. W ciągu krótkiego życia, zakończonego samobójczą śmiercią na skutek przedawkowania leków, zrealizował cztery horrory, w których zagrały największe sławy kina grozy – Christopher Lee, Boris Karloff, Barbara Steele czy Vincent Price. Nie były to obrazy wybitne, lecz dało się wyczuć w sposobie reżyserii wielki, wciąż rozwijający się talent młodego twórcy. „Witchfinder General” jest tego potwierdzeniem.

Akcja rozgrywa się w XVII w. i nawiązuje do historycznych wydarzeń – „polowań” na czarownice. Oś dramaturgiczną filmu wyznacza konflikt między generałem Matthew Hopkinsem (postać autentyczna, którą w filmie ożywił Vincent Price) a młodym żołnierzem. Rozwiązanie konfliktu znajduje finał w sadystycznej kulminacji, w której Hopkins zostaje posiekany toporem na kawałki na oczach obłąkanej dziewczyny. Zło jest bowiem naturalnym składnikiem człowieka i jego okrucieństwu reżyser przeciwstawia piękno natury. Odwołania do romantycznej literatury i angielskiego malarstwa wniosły powiew świeżości do brytyjskiego horroru.

Tyburn Film Productions, której założycielem był Kevin Francis, syn jednego z bardziej znanych „hammerowskich” reżyserów, Freddie`go Francisa (m.in. „The Evil of Frankenstein”, „Dracula Has Risen from the Grave”), zdążyła wyprodukować ledwie trzy kinowe horrory, o których po latach warto wspomnieć. „Persecution” (1974) w reżyserii Dona Chaffeya, w którym słynna w latach 40. hollywoodzka gwiazda Lana Turner zagrała psychopatyczną matkę, uważany jest przez wielu widzów za jeden z najgorszych filmów lat 70.. Co jak wiemy dla niektórych miłośników B-klasowego kina, nie musi być wadą. Znacznie lepsze recenzje zebrał „Legend of the Werewolf” z 1975 r.. Może dlatego, że za kamerą stanął ojciec założyciela Tyburn, Freddie Francis a przed kamerą gwiazda Hammera - Peter Cushing. Opowieść o chłopcu-wilkołaku, który zabija osoby ze swego otoczenia udanie naśladowała „Hammer touch” być może właśnie z powodu zaangażowanie do filmu dwóch osób niegdyś związanych ze słynną brytyjską wytwórnią.

Pochodzący również z 1975 r. „The Ghoul” , przy którym ponownie spotkali się Francis i Cushing (a Anthony Hinds, jeden z szefów Hammera napisał scenariusz) na prestiżowym festiwalu filmów grozy w Stiges, w 1976 r. wyróżniony został nagrodą indywidualną przyznaną Peter`owi Cushing`owi. Warto też dodać, że film ten nie miał nic wspólnego z pierwszym dźwiękowym horrorem z Wysp Brytyjskich, wyprodukowanym w 1933 r..

Do rywalizacji o względy brytyjskiej publiczności włączyła się także mała, niezależna wytwórnia - Benmar Productions. Jej założycielami byli: polski producent Benjamin Fisz oraz czeski przedsiębiorca Boris Marmor. Polsko-czeska firma zdążyła wypuścić na rynek ledwie cztery filmy, z których tylko dwa przynależały do kina grozy, nim zbankrutowała w pierwszej połowie lat 70.. Horrory Benmara to już typowe kino klasy B.

Pochodząca z 1973 r. „Psychomania” opowiadała o gangu młodzieńców, którzy podpisali pakt z samym diabłem, by zyskać życie wieczne. Oczywiście nie za darmo. Niewiele lepiej przedstawiała się fabuła wyprodukowanego wspólnie z Hiszpanami, również w 1973 r., „Horror Expressu”. Historia o grupie pasażerów kolei transsyberyjskiej, mordowanych przez tajemniczego małpoluda wyróżniała się tylko udziałem popularnych aktorów: Chritophera Lee, Petera Cushinga i Tely Savalasa w epizodzie. Nic dziwnego, ze wkrótce po premierze obu horrorów firma splajtowała.

Grozą parały się także inne niezależne, małe wytwórnie, które kończyły swój żywot po wyprodukowaniu co najwyżej kliku filmów. Trudno było konkurować z takim potentatem jak Hammer, a gdy to słynne i zasłużone studio również musiało poważnie ograniczyć produkcję, a w końcu ją zaprzestać, z rosnącym w siłę amerykańskim horrorem. A jednak najwybitniejsze brytyjskie horrory powstały z dala od Hammera i jego epigonów.

Horrory psychologiczne

Ogromny sukces komercyjny wyreżyserowanej przez Anglika, Alfreda Hitchcocka, „Psychozy” (kosztujący niecałe 900 tys. dolarów film zarobił na świecie łącznie 50 mln dolarów!), zapoczątkował nurt horrorów psychologicznych, choć lepszym wydaje się określenie psychopatologicznych. Źródłem grozy w tych filmach była bowiem psychopatologia - najróżniejsze zaburzenia psychiczne, ukazane bez dogłębnego badania ich przyczyn, jedynie w powierzchownej efektowności, na ekranie wyrażającej się w serii brutalnych morderstw popełnionych przez szalonego bohatera.

Jednak „Peeping Tom” („Podglądacz”) (1960) Michaela Powella wykraczał znacznie poza tego rodzaju schemat. Bohaterem filmu był nieśmiały fotograf, Mark, którego ojciec - wybitny psychiatria (w tej roli sam reżyser) eksperymentował ze strachem, wykorzystując syna jako królika doświadczalnego. Badania ojca pozostawiły trwały uraz na psychice chłopca, i dorosły Mark przemienił się w seryjnego mordercę. Zabijał piękne młode kobiety, którym marzyła się karierą aktorki, w sposób szczególnie wyrafinowany - kamerą, z którą sprzężony było długie ostrze.

Film Powella został wrogo przyjęty przez krytykę. Poległ też u publiczności, niemal łamiąc karierę reżysera, który miał w swym dorobku ponad 50 filmów. Wprawdzie Powell nakręcił jeszcze kilka filmów, ale żaden z nich nie dorównał poziomem „Peeping Tom”. Tak kiepskie przyjęcie filmu tłumaczyć można na wiele sposobów. Między innymi faktem, że w 1960 r.. ani krytycy ani widzowie nie byli przygotowany na horror autotematyczny. Dziś niektórzy uważają dzieło Powella za pierwszy i jedyny film nowofalowy brytyjskiego kina. Mógł się również nie spodobać pomysł na filmowca-mordercę, a przyrównanie aktu filmowania do pozbawiania życia zbyt dosłowne i makabryczne. Ale całkiem możliwe, ze zawiniła angielska cenzura tnąc niemiłosiernie obraz Powella, najbardziej zwłaszcza w scenach zabójstw i nagości. Pokaleczonego filmu nigdy nie udało się przywrócić do stanu pierwotnego, co nie przeszkodziło uznać go po latach za dzieło kultowe i pierwszego niebudzącego wątpliwości wybitnego przedstawiciela wyspiarskiego horroru.

Ambicji nie można również odmówić twórcy Karel`owi Reisz`owi, twórcy „Night Must Fall” z 1964 r.. Reisz, był jednym z najzdolniejszych reżyserów angielskiej „nowej fali” (tzw Kino Młodych Gniewnych, które tworzył wraz z Lindsayem Andersonem, Tony Richardsonem, Jackiem Claytonem oraz Johnem Shlesingerem). Twórcy ci zasłynęli realistycznymi, przejmującymi dramatami społecznymi. W „Night Must Fall” zauważyć można wpływy nurtu kina Młodych Gniewnych, zwłaszcza debiutanckiego obrazu Reisza „Z soboty na niedziele”. Przede wszystkim wybitny brytyjski aktor, Albert Finney powtarza w horrorze Reisza rysy proletariackiego bohatera z debiutu urodzonego w Czechach angielskiego reżysera. W „Night Must Fall” bardzo drobiazgowo zaznaczano także tło społeczne, które determinuje socjalne i obyczajowe stereotypy, mszczące się na bohaterach, nieświadomych prawdziwej natury sympatycznego Danny`ego, prostego chłopaka z Walii. Bohater jest częstym i na dodatek mile wdzianym gościem w domu przykutej do wózka Pani Bramson. romansuje zarówno z jej córka, jak i pokojówką. Nieszczęsne kobiety nie zdają sobie sprawy, że wpuściły pod dach okrutnego bezwzględnego mordercę.

Mimo iż obraz Reisza pozostaje pozycją wyróżniającą się na tle dominującej w latach 60. produkcji Hammera, producencka ingerencja w film osłabiła jego wymowę i zaważyła na jego poziomie artystycznym.

„Psychopatologiczny” nurt kina grozy z pierwszej połowy lat 60. niespodziewanie został wzmocniony także przez dobrze przyjęty przez publiczność, choć nie przez zdezorientowaną krytykę, film Roberta Aldricha, „What Ever Happend to Baby Jane” z 1962 r., w którym dwie wielkie gwiazdy Hollywood lat 40., Bette Davis i Joan Crawford toczyły ze sobą pojedynek na śmierć i życie. Film amerykańskiego reżysera wywołał krótkotrwałą modę na występy nieco zapomnianych dawnych sław w rolach psychopatycznych bohaterek. Moda ta dotarła także do Wielkiej Brytanii.

W pochodzącym z 1964 r. obrazie „The Nanny” („Niania”) w reżyserii Setha Holta, Bette Davis, która w latach 60. wyspecjalizowała się w rolach niezrównoważonych psychicznie kobiet, gra w tym filmie tytułową nianię - również psychicznie zaburzoną. Opiekunka ma na sumieniu śmierć małej dziewczynki, otrucie a także próbę utopienia w wannie małego chłopca. Jak na rok produkcji, to dość szokująca lista osiągnięć. Film, z efektowną, ale wtórną rolą Bette Davis (rok wcześniej zagrała podobną postać w „Hush, hush, Sweet Charlotte” Roberta Aldricha ). Warto dodać, że „The Nanny” jest jednym z nielicznych psychopatologicznych horrorów przy produkcji, którego współuczestniła wytwórnia Hammera.

Trzeba było dopiero talentu twórców spoza Wysp Brytyjskich, by w tym nurcie kina grozy pojawiły się filmy wybitne. W 1965 r. młody, choć w Europie już nieco znany, Roman Polański do scenariusza napisanego wspólnie z Gérardem Brachem, wyreżyserował arcydzieło horroru psychopatologicznego - „Repulsion” („Wstręt”). Historia dwóch pochodzących z Belgii sióstr, z których młodsza Carol cierpi na schizofrenię paranoidalną, wpisana została w interesująco zarysowane tło społeczne. Gdy chora dziewczyna zostaje samotna w pustym mieszkaniu, jej choroba ulega gwałtownemu i dramatycznemu zaostrzeniu. Wielkość filmu polega na zadziwiającej wierności w opisie objawów choroby w genialny sposób przełożonych na środki filmowego wyrazu. Pomogła też wstrząsająca kreacja mało wówczas znanej, pięknej Catherine Deneuve. Horror Polańskiego zasłużenie nagrodzono na festiwalu w Berlinie Zachodnim Srebrnym Niedźwiedziem.

W tym samym 1965 r. znakomity hollywoodzkich reżyser William Wyler („Jezebel”, ”Ben Hur”, „The Roman Holiday”) zaprezentował brytyjskiej publiczności „The Collectora” („Kolekcjoner”). Oparty na bestsselerowej powieści Johna Fowlesa wydaje się z pozoru uwspółcześnioną melodramatyczną wersją historii o Pięknej i Bestii. Piękną jest Miranda Grey, młoda studentka malarstwa (w tej roli rzeczywiście urodziwa, Samanta Eggar), Bestią zaś Friderick Clegg, skromny, nieśmiały urzędnik bankowy, który porywa kobiety i więzi, kolekcjonując niczym martwe motyle. Wartość kameralnego obrazu Wylera polega na zgrabnym wpleceniu w poetykę horroru (samotny dom, noc, ulewny deszcz, psychopata, tajemnicze zgony, sugerowanie śmierci itp.) socjologicznych uwarunkowań determinujących postępowanie bohaterów. Prześladowca i ofiarę dzieli bowiem społeczne pochodzenie. To ono powoduje, ze wywodzący się z niższej społecznej klasy Friderick, mniej wykształcony nigdy nie dorówna Mirandzie - inteligentnej, gruntownie wykształconej dziewczynie obracającej się w elitarnym towarzystwie. Niemożność porozumienia staje się udręką dla bohaterów i przyczyną narastającego obłędu Fridericka. Odtwarzający tę postać Terence Stamp oraz Samantha Eggar zostali zasłużenie nagrodzeni za swe wybitne kreacje na festiwalu w Cannes.

Kolejny znaczący obraz o psychopatycznym bohaterze w roli głównej pojawił się w 1970 r. Robert Fuest, sięgnął po historię opisaną przez Briana Clemensa i Terry`ego Nation, by zrealizować najlepszych w reżyserskiej karierze film. „And Soon the Darkness” został bardzo dobrze przyjęty przez krytykę, natomiast kompletnie nie spodobał się publiczności. Dopiero po latach znalazł uznanie, zyskując nawet miano „kultowego”. Fabuła obrazu Fuesta jest prosta: dwie angielskie pielęgniarki udają się na rowerowa wycieczkę po uroczej francuskiej prowincji. W pewnym momencie dziewczyny rozdzielają się - jedna z nich znika w tajemniczych okolicznościach. Ślady wskazują na nieznajomego, który obserwował bohaterki z odległości. Przyjaciółka rozpoczyna dramatyczne poszukiwanie zaginionej koleżanki.

„And Soon the Darkness” obficie korzysta z tradycji hitchcockowskiego thrillera, ale nie brak też w nim grozy, wynikającej głównie z całkowitego osamotnienia i bezbronności szukającej zaginionej przyjaciółki bohaterki. Fuest umiejętnie buduje narastającą atmosferę zagrożenia i przemienia zalane słońcem francuskie pustkowia w senny koszmar. Skromny, kameralny film, wciąż sprawia niesamowite wrażenie.

W niezwykłym nastroju i leniwie sączącej się atmosferze grozy tkwi siła także innego horroru-thrillera - „The Wicker Man” . („Kult”). Wielu znawców kina brytyjskiego uważa pochodzący z 1973 r., film Robina Hardy`ego za najlepszy obraz w dziejach wyspiarskiej kinematografii. Jeśli nawet to przesadna opinia, faktem pozostaje, że to jeden z najbardziej udanych produkcji grozy lat 70..

Opowieść o szkockim policjancie, który przybywa na tajemniczą wyspę, by wyjaśnić okoliczności zaginięcia pewnej dziewczynki, hipnotyzuję swoim rytem, montażem i zdjęciami. Na pozór, poza dość egzotycznymi religijnym rytuałami miejscowej społeczności, nie dzieje się nic, co mogłoby niepokoić stróża prawa. A jednak bohater, a widz razem z nim wyczuwa podskórne napięcie. Coś wisi w powietrzu.

Do sukcesu filmu Hardy`ego, reżysera, który ma na koncie ledwie dwa ukończone filmy kinowe (trzeci planowany jest na ten rok) przyczyniła się nie tylko sprawna reżyseria, umiejętne balansowanie miedzy humorem a grozą, lecz także gra aktorów. Edwarda Woodworda w roli sierżanta Howie`ego oraz Christophera Lee w roli lorda Summerisle`a, którą legendarny aktor uważa za swoją ulubioną.

W 1973 r. brytyjskie kino grozy wzbogaciło się o jeszcze jeden wybitny obraz. „Don`t Look Now” („Nie oglądaj się teraz”) wyreżyserował Nicolas Roeg, jeden z najznakomitszych angielskich twórców kina. Co ciekawe samodzielną karierę rozpoczął dopiero w wieku 42 lat, by kontynuować ją po dziś dzień. Kiedy jednak stanął za kamerą nie jako jej operator (przez wiele lat był autorem zdjęć do filmów innych reżyserów, a także do swoich), lecz jako reżyser szybko zyskał sławę twórcy oryginalnego, kontrowersyjnego, podejmującego trudne tematy i realizującego „artystyczne” filmy z ambicjami („Człowiek, który spadł na ziemię”, „Eureka”, „Bad Timing”, „Tor 29”).

„Don`t Look Now”, do którego scenariusz napisał Allan Scott („Joseph Andrews”, „D.A.R.YL.”, „The Awaking”), na podstawie opowiadania Daphne deu Maurier, jest także filmem z ambicjami. Opowieść o młodym małżeństwie Baxterów, którzy w jesiennej Wenecji starają się zapomnieć o osobistej tragedii - utonięciu ukochanej córki, urzeka oniryczną atmosferą, mistrzowskim kreowaniem nastroju tajemniczości i niedopowiedzenia. Fabuła filmu przedstawiona jest w ten sposób, że do końca historii nie wiadomo, czy wizje zmarłej córki prześladujące małżonków są wyrazem psychiki bohaterów zachwianej przez poczucie winy i obsesje na punkcie zmarłej dziewczynki, czy rozpaczliwą próbą zmarłej nawiązania kontaktu z rodzicami. Tematem filmu jest względność otaczającego nas świata i złudność ludzkiego poznania, dlatego tez Roeg nie tylko udziela odpowiedzi na pytanie, kim naprawdę jesteśmy, lecz także ucieka się do wyrafinowanego sposób filmowania kwestionującego jednoznaczność świata przedstawionego. Ale „Don`t Look Now” jest nie tylko o tym. Ważny, choć ostentacyjnie umieszczanym na dalekim planie jest wątek seryjnego mordercy, dokonującego kolejnych zbrodni w mieście. Dopiero w zaskakującym finale, dwa na pozór nie powiązane ze sobą watki - rodziców rozpaczających po śmierci córki oraz zabójcy- połączą się ze sobą. Właśnie przez motyw nieuchwytnego mordercy, odrealnienie filmowej rzeczywistości, wprowadzenie wątków paranormalnych, szczególnej atmosfery niesamowitości i tajemniczości film Roega w mistrzowski sposób wpisuje się w konwencję giallo - włoskiej, krwawej odmiany horroru, a jednocześnie twórczo ją reinterpretuje.

Kilka słów podsumowania części pierwszej

W kinie brytyjskim do 1976 r. zdarzyły się dwa znaczące wydarzenia, które wywarły wpływ nie tylko na rodzime kino grozy, ale na horror światowy. Pierwsze z nich, to wyjątkowy rozkwit filmów grozy za sprawą wytwórni Hammera. W latach 1935-1976 słynne brytyjskie studio wyprodukowało ponad kilkaset filmów (nie licząc wersji przeznaczonych na konkretny rynek filmowy), zarobiło miliony funtów i docierało niemal do każdego zakątka świata (Daleki Wschód, Ameryka Południowa, Indie, Pakistan, RPA itp). Nigdy w dziejach filmowej grozy jedna wytwórnia nie odniosła tak spektakularnego światowego sukcesu komercyjnego. Trochę gorzej było z poziomem artystycznym - nie wszystkie tanio i szybko produkowane filmy przetrwały próbę czasu. Ale specyficzny styl horrorów z brytyjskiego studia, „Hammer touch” stał się z czasem niepodrabialnym znakiem filmowym wyspiarskiego horroru oraz częścią legendy.

Ambicje artystyczne zaspakajały natomiast psychologiczne horrory, które począwszy od 1960 r. i premiery filmu „Peeping Tom” dostarczały kinu brytyjskiemu, a także światowemu obrazów znakomitych, a nawet wybitnych, przekonując niedowiarków, że horror nie jest wcale gatunkiem gorszej kategorii i może poszczycić się osiągnięciami nie mniej wartościowymi niż inne inne filmowe gatunki.

CZĘŚĆ II: lata 1977 - 2008


... a świat idzie do przodu...

Lata siedemdziesiate ubiegłego stulecia to okres dla horroru bardzo pomyślny. Zmiany, jakie dokonywały się w społeczeństwach, w ich spojrzeniu na filmową rzeczywistość, spowodowały brutalizację kina. Tym wymogom nie sprostała jednak wytwórnia Hammer Horrors, jak również brytyjscy twórcy grozy, choć na świecie groza miała się znakomicie. Powodem tego w znacznej mierze była zapewne dominująca rola Hammera. W horrorowym światku działo się jednak sporo, zwłaszcza w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy powstało wiele wybitnych dzieł, dzisiaj uznawanych za klasyki. Najpierw, bo w 1968 roku, nowy kierunek wytycza „Noc żywych trupów” („Night of The Living Dead”). Nieco później „Ostatni dom po lewej” („Last House on The Left”, 1971), głośny debiut Wesa Cravena. W 1973 roku „Egzorcysta” („The Exorcist”) i rok później „Teksańska masakra piłą łańcuchową” („Texas Chainsaw Massacre”). Prawdziwy wysyp klasyków rozpoczyna się jednak po roku 1975. Najpierw jest nakręcony przez Richarda Donnera (znanego m.in. z „Supermana” oraz „Zabójczej broni”, w Wielkiej Brytanii „Omen” (1976), później początek mają dwie wielkie horrorowe serie: „Halloween” (1978) oraz „Piątek trzynastego” („Friday The 13th”, 1980). Jednak nie tylko w USA powstają wybitne filmy. W Australii Peter Weir w 1975 roku kręci „Piknik nad wiszącą skałą” („Picnic at Hanging Rock”) oraz dwa lata później „Ostatnią falę” („The Last Wave”). W Hiszpanii Narciso Ibáñez Serrador kręci kontrowersyjne „Czy zabiłbyś dziecko?” („Would You Kill a Child?”, 1976) W Niemczech powstaje jedna z najniezwyklejszych filmowych, wampirzych opowieści, czyli „Nosferatu Wampir” („Nosferatu, a Symphony of Horror”, 1979) w reżyserii Wernera Herzoga. Na drugą połowę lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia przypadają również premiery trzech wybitnych dzieł włoskiego twórcy Dario Argento: „Deep Red” (1974), „Suspiria” (1977) oraz „Inferno” (1980). W Kanadzie w 1980 roku powstaje „Bal maturalny” („Prom Night”), który w tym roku doczekał się remake`u. W 1975 roku powstaje „Shivers” - pełnometrażowy debiut Davida Croneberga, który jeszcze w latach siedemdziesiątych realizuje „Rabid” (1977) oraz „The Brood” (1979). Jednak prawdziwy sukces odnosi dopiero w latach osiemdziesiątych za sprawą „Scanners” (1981), „Videodrome” (1983) oraz hitu kinowego „Mucha” („The Fly”, 1986). Groza francuska podobnie jak brytyjska przeżywa trudne chwile. Honor jednak ratuje m.in. „Lokator” („The Tennant”, 1976) Romana Polańskiego. Reżyser „Wstrętu” to nie jedyny Polak tworząc w kraju smakoszy żab. Mało znanym i nie docenianym w naszym kraju jest Walerian Borowczyk, który zasłynął m.in. reżyserując dwie części przygód Emmanuelle. W omawianym okresie nakręcił surrealistyczny, dziwaczny, podszyty erotyką horror „La Bete” (1975) oraz film z podgatunku „nun-exploatation” - „Za murami klasztoru”. Podanych przykładów wydaje się być bardzo dużo. Jednak obrazują one tylko to, ile w późnych latach siedemdziesiątych działo się w światowej grozie. Na tym tle Wielka Brytania wypadała dosyć marnie. Przełom miały przynieść dopiero lata osiemdziesiąte...

Okres posthammerowski

Druga połowa lat siedemdziesiątych niewątpliwie nie należy do udanych dla brytyjskiej grozy (nie tylko filmowej). Choć z drugiej strony do głosu dochodzą pisarze tacy jak chociażby: Graham Masterton („Kostnica”, „Manitou”), Brian Lumley (saga „Nekroskop”) oraz Guy N. Smith („Noc krabów” „Kleszcze śmierci”). W tym okresie właściwie nie powstają dzieła, które choćby w niewielkim stopniu dorównywałyby wspomnianym wcześniej horrorom z wielu innych krajów. Z jednej strony powstaje wspomniany już w części pierwszej kolejny, nieudany sequel „The Quatermass Conclusion” (1979) Piersa Haggarda, z drugiej strony powstają filmy kopiujące już panujące światowe trendy. Dobrym przykładem jest wpisujący się w nurt satanistycznego horroru, podszytego dużą dawką nagości i eksploatacji „„Satan's Slave” („Niewolnica szatana) z 1976 r.. Fabuła jest stosunkowo nieskomplikowana. Do posiadłości swojego wuja przybywa młoda dziewczyna, stając się ofiarą sekty, która za jej pomocą chce przywrócić do życia pradawną wiedźmę. Film ze względu na dużą ilość nagości i brutalności mocno pocięto. O obrazie warto jednak wspomnieć choćby ze względu na osobę, Normana J. Warrena, który wśród fanów kina klasy B zyskał miano reżysera kultowego. Oczywiście nie ze względu na swój debiut, lecz na późniejsze filmy: „Prey” (1978), „Bloody New Year” (1987) oraz przede wszystkim „Inseminoid” (1981).

W „Prey”, do domku dwóch lesbijek przybywa tajemniczy mężczyzna. Kobiety nie zdają sobie sprawy z tego, że jest on krwiożerczym kosmitą. Obraz, pomimo iż może zaciekawić fanów tego typu kina, nie jest specjalnie wyszukany. Właściwie cała fabuła rozgrywa się pomiędzy trzema głównymi postaciami, obfitując w nagość i krew.

„Bloody New Year” natomiast opowiada o tym, jak pięcioro nastolatków po nieudanym rejsie, podczas którego tonie ich yacht, trafia na nieznaną wyspę, do tajemniczego hotelu. Bohaterowie zmierzą się m.in. z morderczymi lustrami i różnego typu demonami, jak np. kobietą – wężem. Filmowa opowieść nie zawsze trzyma się zasad logiki. Brakuje również tego, z czego słynął reżyser na początku swojej kariery, czyli nagości i dużej ilości krwi i przemocy. Obraz może jednak intrygować pewną aurą tajemniczości oraz w miarę sprawnie przeprowadzoną akcją z kilkoma zaskakującymi momentami.

W 1979 roku światową premierę ma, nakręcony w okolicach Londynu, „Alien” („Obcy - ósmy pasażer Nostromo”), będąc tym samym jednym z nielicznych chlubnych wyjątków. Na fotelu reżyserskim zasiada mało wtedy znany Brytyjczyk, Ridley Scott. Obraz opowiada o załodze statku kosmicznego „Nostromo”, która podczas powrotu na Ziemię odbiera sygnał S.O.S, dochodzący z jednej z planet. Na powierzchni odnajdują wrak statku. Podczas oględzin jeden z członków ekipy zostaje zainfekowany tajemniczym pasożytem, który zabija swojego gospodarza i rozpoczyna polowanie na załogę.

Pierwotny skrypt do dzieła (pod tytułem „Memory”) został stworzony już w 1972 roku przez Dana O'Banona. Pierwsza bardzo luźna adaptacja powstała w 1974 roku. Jej reżyserem był debiutujący John Carpenter, a film nosił tytuł „Dark Star” i w niczym nie przypominał „Obcego”. Była to komedia SF o grupie mężczyzn samotnie przemierzających galaktykę.

„Obcy – 8 pasażer Nostromo” odniósł niebywały sukces, dzięki czemu doczekał się już trzech sequeli, w których za każdym razem w główną postać, Ellen Ripley, wcieliła się Sigourney Weaver. Niestety tylko część druga, w reżyserii Jamesa Camerona z 1986 roku, trzyma wysoki poziom pierwowzoru.

Sukces „Obcego” to również przyczynek do powstania jego rozlicznych „klonów”, mniej lub bardziej podobnych. Jednym z nich jest wspomniany już wyżej „Inseminoid”, który opowiada o grupie naukowców pracujących w archeologicznej stacji badawczej na odległej planecie. Jedna z kobiet zostaje nagle brutalnie zaatakowana i zgwałcona przez tajemniczego potwora. Zdarzenie kończy się ciążą, co prowadzi w końcu do polowania, zabijania i wysysania przez nią krwi z innych przebywających tam ludzi.

Film, którego budżet wyniósł jeden mln funtów („Obcy” - 11 mln $) zyskał miano kontrowersyjnego. Nie oparł się też cenzorskim nożyczkom. Mimo tego, w wielu krajach miał oznaczenie „tylko dla dorosłych”. W Wielkiej Brytanii zezwolono na oglądanie go osobom od piętnastego roku życia dopiero w 2005 roku. Przyczyniły się do tego liczne sceny krwawe i bardzo (jak na ówczesne czasy) brutalne.

Ludzie niekoniecznie musieli natrafiać na „obcych” w kosmosie. Bywało, że odwiedzali oni Ziemię. Przykładem takiego horroru jest powstały w 1983 roku „Xtro”, którego bohaterem jest mężczyzna porwany przez kosmitów. Po trzech latach wraca, będąc jednak w połowie kosmitą, próbując odzyskać żonę i syna. Nie jest to łatwe, gdyż kobieta ułożyła sobie już życie z innym człowiekiem.

Film obfituje w liczne sceny gore, przemoc i śmiałe sceny erotyczne, dzięki czemu znalazł się na słynnej liście „Video Nasties”, a jako owoc zakazany, zyskał miano kultowego. Czy zasłużenie? Raczej wątpliwe, ze względu na fatalną muzykę, przeciętne aktorstwo, słabe efekty specjalne i nie do końca logiczną fabułę. Mimo tego, obraz wyreżyserowany przez Harry'ego Bromleya Davenporta doczekał się dwóch sequeli, co ciekawe, każdy z nich nakręcono w innym kraju – Kanadzie (1990) oraz USA (1995). Kolejne części okazały się jednak jeszcze słabsze.

Druga połowa lat siedemdziesiątych oraz początek lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, jak już wspomniano, nie przynosi zbyt wielu spektakularnych filmów. W większości są to odmiany grozy rozwijane już na świecie, nie wnosząc specjalnie nic nowego. Jednym z pozytywnych wyjątków jest powstały w 1977 roku slasher Petera Walkera - „The Comeback”) („Jeszcze raz”). Bohaterem filmu jest popularny przed laty piosenkarz, który stara się odbudować swoją muzyczną karierę. Wynajmuje dom na odludziu. Nocami mężczyzna słysz krzyki swojej byłej żony, a w domu w tajemniczy sposób giną osoby w nim przebywające. To, co wyróżnia go na tle wielu innych filmów, to gotycki klimat, tajemniczość oraz pokaźna dawka brutalności i scen gore.

Peter Walker jest jednym z nielicznych twórców grozy drugiej połowy lat siedemdziesiątych, którego filmy z powodzeniem konkurują z amerykańską konkurencją. Tematem jego filmów są maniakalni prześladowcy, którzy nie cofną się przed niczym, aby osiągnąć cel.

W „House of Mortal Sin” (1976) młoda kobieta udaje się do kościoła do spowiedzi. Niedługo potem dziewczynę zaczyna prześladować ksiądz, który udzielił jej rozgrzeszenia. Sfrustrowany seksualnie mężczyzna na różne sposoby stara się wymusić na niej miłość.

W „Schizo”,(1976) („Schizofrenia”) zazdrosny mężczyzna prześladuje, młodą mężatkę. Celem dręczyciela jest doprowadzenie jej do szaleństwa. Kobieta usiłuje przekonać najbliższych, że jest prześladowana. Początkowo jej słowom nikt nie daje wiary, a psychiatra tłumaczy zachowanie bohaterki nerwicą. Jednak, kiedy pojawiają się morderstwa, z którymi dziewczyna wydaje się powiązana, sytuacja się zmienia.

Podobnie jak w „The Comeback” filmy obfitują w nagość i brutalność, dorównująca amerykańskiej konkurencji. Cechą wyróżniającą są również solidnie napisane scenariusze oraz przyzwoite aktorstwo.

W 1983 roku Walker kończy karierę „House of the Long Shadows” („Domem długich cieni”). Obraz wyróżnia się w przekroju jego kariery. Tym razem reżyser nakręcił parodię kina grozy. Młody pisarz założył się, że jest w stanie napisać powieść w 24 godziny. W tym celu udaje się do pustej, starej walijskiej posiadłości. Co ma ułatwić skupienie się na pracy. Dosyć szybko odkrywa, że rezydencję jednak zamieszkują dziwni lokatorzy.

Film utrzymany w gotyckim stylu obfituje w szereg zabawnych sytuacji. Jednak jego największym atutem jest niewątpliwie obsada aktorska – gwiazdy Hammera - Peter Cushing, Christopher Lee oraz gwiazdy amerykańskie - Vincent Price i John Carradine.

W tym okresie, rok później, Vincent Price wystąpił w jeszcze jednej parodii kina grozy - „Bloodbath at the House of Death”(„Krwawej łaźnia w Domu Śmierci”), Raya Camerona. Pewnej nocy w rezydencji dochodzi do masowego morderstwa. Po wielu latach grupa naukowców stara się zbadać sprawę i odkryć zagadkę zbrodni, za którą są odpowiedzialni czciciele szatana. Kult ponownie przystępuje do mordowania.

Film zasługuje na wspomnienie nie tylko ze względu na dużą ilość zabawnych gagów, ale przede wszystkim na sprawne połączenie komedii z rasowym horrorem. Dynamiczna akcja obfituje również w rozliczne cytaty, z obrazów takich jak chociażby: „Obcy”, „Inwazja porywaczy ciał”, czy „Lśnienie”.

Brytyjska komedia zawsze miała się dobrze nic dziwnego, że powstawało sporo komedio – horrorów, które podobnie jak powyższe zdobywały uznanie publiczności. Jednak nie tylko na nie warto zwrócić uwagę. W 1983 roku Tony Scott kręci znakomitą wampirzą opowieść - The Hunger” („Zagadka nieśmiertelności”). Obraz opowiada o parze krwiopijców, Johnie (David Bowie) i Miriam (Catherine Deneuve), którzy wierzą, że będą żyli ze sobą przez całą wieczność. Niespodziewanie wampir rozpoczyna się gwałtownie starzeć. Miriam szuka pomocy u Dr Sarah Roberts (Susan Sarandon), badającej proces starzenia się. John jednak pomocy nie otrzymuje i kiedy jego ciało już nie funkcjonuje, Miriam chowa go w skrzyni na strychu, obok innych jej kochanków, których spotkał podobny los. Swoje zainteresowanie Wampirzyca kieruje w stronę Sarah.

Horror urzeka neo – gotycką, tajemniczą atmosferą. Znakomicie poprowadzona fabuła oraz gwiazdorska obsada są niewątpliwymi atutami „Zagadki nieśmiertelności”.

W latach osiemdziesiątych poprzedniego stulecia horror brytyjski starał się odzyskać tożsamość. Do stawki włącza się wytwórnia Palace Picture, która wyprodukowała kilkanaście filmów.
Do najważniejszych z nich zaliczają się „Company of Wolves” („Towarzystwo wilków”) i „High Spirits” („Zjawy”) Neila Jordana, najbardziej znanego z późniejszego „Wywiadu z wampirem” oraz „Hardware” z roku 1990, wyreżyserowanego przez Richarda Stanleya.

„Company of Wolves” jest niezwykłym wydarzeniem i jednym z ciekawszych brytyjskich horrorów lat osiemdziesiątych. Niezwykła wersja bajki o Czerwonym Kapturku. Nastoletnią Rosaleen nawiedza niezwykły sen, w którym mieszka w wiosce opodal tajemniczego lasu. Dziewczynka chętnie przebywa w towarzystwie babci, która snuje różne opowieści i przestrogi m.in. o mężczyznach i wilkołakach.

Obraz jest pełen metafor i symboli, przedstawionych pod postacią surrealistycznych snów głównej bohaterki, przepełniony odniesieniami do seksualnej i zwierzęcej natury człowieka. Jna pozytywny odbiór wpływa jego oprawa wizualna, scenografia i zdjęcia doskonale pasujące do plastycznej, mrocznej wizji reżysera.

Utrzymane w komediowe konwencji „High Spirits” opowiadają historię o pewnym irlandzkim zamku, którego zadłużony właściciel stara się uratować posiadłość przed przeniesieniem jej do USA. Pomysł jest prosty – wystarczy przekształcić go w hotel, w którym straszy. Doskonały pomysł na film, twórcy zrealizowali perfekcyjnie. Całość wzmocniona jeszcze brawurową grą Petera O'Toole'a. Choć pochwały należą się również pozostałym aktorom, za wytworzenie niesamowitej aury typowo brytyjskiego humoru.

„Hardware” to mocne wkroczenie brytyjskiej grozy w lata dziewięćdziesiąte dwudziestego wieku. Bohaterem obrazu, dziejącego się post apokaliptycznym świecie jest Moses, trudniący się zbieraniem złomu. Pewnego dnia kupuje uszkodzoną, zardzewiałą głowę robota, którą prezentuje swojej dziewczynie. Kobieta przeznacza jej elementy na rzeźbę. Wkrótce jednak „głowa” dokonuje autonaprawy, powracając do stanu użyteczności. Jak się okazuje była ona pozostałością po nieudanej, zawodnej serii robotów – żołnierzy, charakteryzującej się brutalnością. Mężczyzna i kobieta stawią czoła morderczej maszynie. Niesamowita post nuklearna atmosfera to tylko niektóre mocne strony obrazu.

Druga połowa lat osiemdziesiątych przynosi kilka produkcji, które powodują, że brytyjska groza ponownie zostaje zauważona na świecie. W 1986 roku Ken Russell („Odmienne stany świadomości”) kręci „Gothic” („Gotyk”). Film jest próbą rekonstrukcji wydarzeń, które wydarzyły się 16 czerwca 1816 roku w posiadłości Lorda Byrona, podejmującego kilkoro gości, pośród których znalazła się m.in. Mary Shelley. Tej nocy miało powstać jedno z najważniejszych literackich dzieł grozy - „Frankenstein”. Fabuła przedstawia towarzystwo, odurzające się opium i laudanum, czytające opowieści o duchach, które następnie wywołuje z zaświatów przerażające monstrum. Podstawowymi wyznacznikami sukcesu obrazu jest mroczna atmosfera, akcja dziejąca się w deszczową noc oraz szaleństwo, opętanie i seksualne ekscesy.

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku swoje piętno na horrorze brytyjskim i światowym odcisnął angielski pisarz Clive Barker. Rok 1986 przynosi „Rawhead Rex” w reżyserii George'a Pavlou. Akcja toczy się na irlandzkiej prowincji, którą zwiedza pewien fotograf wraz z żoną i dwójką dzieci, w poszukiwaniu materiału na książkę o pradawnych kultach. W jednej z miejscowości rodzina rodzina jest świadkiem burzy, zaś jej powodem jest powrót do życia pradawnego monstrum. Zbudzony potwór rozpoczyna mordowanie. Fotograf postanawia wyjechać. Niestety za późno. Monstrum zabija jego syna.

Scenariusz napisał sam Clive Barker, dokonując zmian względem literackiego pierwowzoru. Obraz jest pełen atutów, ale również wad. Do najpoważniejszej należy gumowe monstrum, które zwłaszcza w dzisiejszych czasach wygląd taki raczej razi lub śmieszy niż przeraża.

Pisarz, niejednokrotnie wciela się w postać scenarzysty a nawet reżysera. Za oceanem ukazują się filmy oparte na jego prozie „Nocne plemię” („Nightbreed”, 1990), „Władca iluzji” („Lord of Illusions”, 1995) oraz seria „Candyman” (1992, 1995 i 1999), wyreżyserowane przez samego autora. Jednak pisarz przeszedł do historii dzięki serii „Hellraiser”. Czy jest na świecie szanujący się fan grozy, który nie zna historii o Cenobitach? Na stołku reżyserskim pierwszej części, z 1987 roku, zasiada sam Barker. Kolejną reżyseruje Tony Randel, rok później. Następne części emigrują z Wielkiej Brytanii do Stanów Zjednoczonych. Dzięki „Hellraiserowi” nieśmiertelną sławę zyskuje debiutujący aktor Doug Bradley. Niestety tylko pierwsze sześć części sagi jest godne uwagi, choć zatwardziali fani zazwyczaj wymieniają tylko cztery.

W 1989 roku wielkim telewizyjnym hitem w Wielkiej Brytanii okazuje się ghost story, „Woman in Black” (Kobieta w czerni”) w reżyserii Herberta Wise'a. Film opowiada młodym notariuszu wysłanym na prowincję, w celu uporządkowania spraw majątkowych po zmarłej kobiecie, mieszkańce małej miejscowości. Po wielu trudach, nieprzychylności tubylców, mężczyzna dociera do celu, do posiadłości pozostawionej przez denatkę. Rozpoczyna się koszmar. Film zapewne zyskał uznanie dzięki prostocie środków wyrazu, surowym okolicom i mrocznemu klimatowi.

W tym samym roku pojawia się obraz jednego z największych współczesnych reżyserów – Petera Greenawaya - „The Cook the Thief His Wife & Her Lover” („Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek”). Podobnie jak to ma miejsce w wielu dziełach mistrza fabuła nie należy do najprostszych. Gośćmi jednej z restauracji jest gangster wraz z żoną. Dla mężczyzny jest to miejsce nie tylko posiłku, ale również załatwiania jego czarnych interesów. Znudzona żona zaczyna interesować się młodym mężczyzną. Ten odwzajemnia jej uczucia. Mąż, po kilku dniach, odkrywa romans. Zakochanym w ucieczce pomaga kucharz.

Film Greenawaya nie jest typowym horrorem. Zamiast klasycznej grozy występują obrzydliwe portrety bohaterów filmu oraz świat pełen okrucieństwa. Obraz, podobnie jak inne dzieła reżysera jest wypełniony wizualnym przepychem i teatralnością.

Poszukiwanie tożsamości

Po stosunkowo udanej drugiej połowie lat osiemdziesiątych brytyjski horror przeżywa kryzys. Właściwie przez cały ten okres Wyspiarze starają się odzyskać tożsamość swojej grozy. Dwa lata po premierze „Hardware” ponownie na fotelu reżyserskim zasiada Richard Stanley, tworząc „Dust Devil” („Diabelski pył”). Tytułowy bohater to demon zamieszkujący pustynie w Afryce. Podmuchy wiatru to właśnie oznaka jego działalności. Zgodnie z wierzeniami demon uwodzi kobiety, po czym je zabija. Fabuła opowiada o kobiecie, która po zerwaniu z mężem przemierza pustynie. Jak łatwo się domyśleć, w trakcie podróży spotka Demona. Film zyskał wielu zwolenników nie tylko w Wielkiej Brytanii ze względu na znakomitą reżyserię, cechującą go tajemniczość oraz wspaniałe zdjęcia, które wykonano w RPA.

Na początku lat dziewięćdziesiątych dyplom London International Film School uzyskuje japońska reżyserka Shimako Sato, znana polskim widzom z reżyserii „Eko Eko Azarak”. Zanim twórczyni wróci do Kraju Kwitnącej Wiśni zadebiutuje filmem „Tale of a Vampire” („Opowieść o wampirze”), na podstawie wiersza „Anabell Lee”, Edgara Allana Poe. Horror nie zaskakuje fabułą. Wampir, utracona przed wiekami ukochana, której identyczna „kopia” pojawia się we współczesnym Londynie oraz przeciwnik, który stara się zgładzić głównego bohatera. Nic oryginalnego. Film nie bazuje jednak na fabule, która rozwija się niezwykle powoli. Motywem przewodnim są bohaterowie, a w zasadzie relacje rozwijane pomiędzy wampirem a spotkaną przez niego kobietą, podobną do utraconej kochanki.

Bohaterami „Shallow Grave” („Płytkiego Grobu”), wyreżyserowanego w 1995 roku przez Danny'ego Boyle'a są troje lokatorów dużego domu. Przyjaciele postanawiając wynająć jeden z pokoi. Mężczyzna, któremu wynajmują lokum umiera następnego dnia po wprowadzeniu się. Pod jego łóżkiem znajdują walizkę pełną pieniędzy, która przyczynia się do utraty zaufania względem siebie. Pojawia się strach o własne życie. Obraz obfituje nie tylko w humor. Sprawnie przeprowadzona fabuła, ze wspaniałymi kreacjami aktorskimi prowadzi do zaskakującego zakończenia.


XXI wiek

Dwudziesty pierwszy wiek przynosi hossę na rynku grozy na całym świecie. Widownia która „przejadła się” amerykańskimi produkcjami poszukuje nowych wrażeń gdzie indziej. Do głosu dochodzą przede wszystkim państwa azjatyckie - Japonia i Korea Płd., ale nie tylko. Znaczne obniżenie się kosztów produkcji pozytywnie wpływa na powstawanie grozy praktycznie na całym świecie. Dotyczy to również Wielkiej Brytanii, chociaż tutaj dochodzi do głosu inne zjawisko – wymiana pokoleniowa. Dzisiejsi twórcy brytyjscy to często osoby poniżej pięćdziesiątki, a niejednokrotnie mające ok. 30 lat. Wystarczy wymienić tylko niektórych - Danny Boyle, ur. 1956, Brian Gilbert, ur. 1960, Neil Marshall, ur. 1970, Shane Meadows, ur. 1972, czy Edgar Wright, ur. 1974. Pojawiają się produkcje praktycznie z każdej odmiany grozy. Choć niewątpliwie brytyjskimi wizytówkami zostają komedio – horrory, takie jak „Wysyp żywych trupów” oraz obrazy militarne, takie jak: „Dog Soldiers”.

Po „Shallow Grave”, Danny Boyle uderza jeszcze mocniej i zyskuje ogromną sławę dzięki „Trainspoting” (1996). Jednak uznanie wśród fanów grozy na całym świecie przynosi mu w 2002 roku „28 Days Later” („28 dni później”). Z brytyjskiego laboratorium wydostaje się groźny wirus, który szybko zamienia ludzi w krwiożercze bestie, a swoim zasięgiem obejmuje praktycznie całą Wielką Brytanię. Grupa ocalałych ludzi stara się znaleźć schronienie na prowincji.

Akcja filmu jest dynamiczna i szybko wciąga widzów w wir wydarzeń. Podstawowymi atutami są niewątpliwie post apokaliptyczna wizja świata i świetnie wykonane efekty specjalne. Obraz Boyle'a wpisuje się w modną tendencję filmów, przedstawiających zagrożenia współczesnej nauki. To również doskonałe studium ludzkich zachowań w obliczu zagrożenia. W 2007 roku obraz doczekał się sequelu „28 Weeks Later” („28 tygodni później”,) wyreżyserowanego przez Juana Carlosa Fresnadillo. Fabuła jest logicznym następstwem tego co było w pierwszej części. Tym razem wydaje się, że wirusa opanowano. Wielka Brytania jest odgrodzona od świata, a zdarzenie nadzorowane przez amerykańską armię. Nieliczni ocalenie, po kwarantannie, mają być ewakuowani. Jednak wirus wymyka się spod kontroli. „Dwójka” jest nastawiona na jeszcze szybszą akcję oraz większą ilość efektów specjalnych.

Podobną tematykę post apokaliptycznego świata zaprezentował w 2008 roku Neil Marshall w „Doomsday”. Rząd brytyjski postanawia odizolować się murem od zainfekowanej groźnym wirusem Szkocji. Jedną z ostatnich ocalałych jest mała dziewczynka. Czas biegnie. Mija 27 lat. Z dziecka wyrasta atrakcyjna kobieta, przy okazji wszechstronnie wyszkolony żołnierz. Pomimo wielu środków ostrożności w zatłoczonych, odgrodzonych od świata, miastach zauważono pojawienie się śmiercionośnego wirusa. Pojawia się jednak nadzieja na ratunek, bo dzięki satelitom zauważono, że w Szkocji żyją ludzie, którzy przeżyli zagładę. W to miejsce udaje się, wraz z ekspedycją, główna bohaterka – żołnierz w nadziei na znalezienie leku. Niestety film nie dorównuje dziełu Danny'ego Boyle'a. Właściwie, naszpikowany dynamiczną akcją i efektami specjalnymi, obraz trudno nazwać horrorem. Dodatkowymi wadami są niewątpliwie liczne zapożyczenia z innych obrazów, przede wszystkim z „Mad Maxa”.

Mimo tego, urodzony w 1970 roku, Neil Marshal wyrasta na jednego z czołowych brytyjskich twórców dzięki jego dwóm wcześniejszym obrazom - „Dog Soldiers” („Psi żołnierze”, 2002) oraz „Descent” („Zejście”, 2005).

W pierwszym z wymienionych filmów, bohaterami jest oddział brytyjskich żołnierzy wysłanych na rutynowe ćwiczenia do lasu. Sielankową atmosferę burzy napotkany przez nich oddział, a właściwie to co z niego pozostało. Szybko okazuje się, że za masakrę odpowiedzialne są wilkołaki. Wojacy, ewakuując się, napotykają w lesie tajemniczą dziewczynę, która zabiera ich do swojego domu – twierdzy. Jednak to nie koniec przerażającej historii.

„Dog soldiers” to w horror akcji, którego podstawowym atutem jest dynamiczna i wciągająca akcja. Reszta jest w zasadzie dosyć typowa, dla filmów z wilkołakami, jako stworami, przedstawionymi jako bezlitosne, mordercze stworzenia. Mimo tego film odniósł olbrzymi sukces za światowym rynku grozy. Znacznie lepsze wrażenie pozostawia „Descent”.

Bohaterkami tego wciągającego horroru jest część przyjaciółek, które wybierają się na coroczną wyprawę. Tym razem wybór pada na jaskinie w Appalachach. Po wejściu do groty szybko okazuje się, że droga powrotna została przysypana. Dziewczyny muszą znaleźć inną drogę wyjścia na powierzchnie. Po drodze napotykają na dziwne, krwiożercze stworzenia.

„Descent” można z powodzeniem zaliczyć do jednej z ciekawszych produkcji brytyjskich ostatnich lat. Wszechogarniająca ciemność, odizolowanie, sprawnie dozowane napięcie niewątpliwie przeraża. Atutów zresztą film posiada więcej. Do najważniejszych należą stwory, których nie zaprezentowano dokładnie, dzięki czemu pozostawiono wyobraźni widza spore pole do popisu.

Podobny motyw odizolowania obecny jest także w innej brytyjskiej produkcji, w „Creep”(„Lęku”) Christophera Smitha. Tym razem jednak akcja nie dzieje się gdzieś w jaskiniach, lecz w londyńskim metrze. Bohaterką jest dziewczyna, która zostaje napastowana podczas przyjęcia przez swojego kolegę z pracy. Kobieta postanawia opuścić przyjęcie chcąc spotkać, przebywającego w mieście, George'a Clooneya. Nie mogąc złapać taksówki udaje się do metra, w którym zasypia. Budzi się dopiero w nocy, kiedy stacja jest już zamknięta. Szczęśliwie na peron wjeżdża pociąg, do którego wsiada. Tam spotyka molestującego ją podczas przyjęcia mężczyznę. Ponownie dochodzi do przykrych wydarzeń i szamotaniny. Dziewczynę przed gwałtem ratuje niezwykły przypadek. Jej oprawca zostaje wyszarpnięty z pociągu. Jednak wybawiciel nie ma wcale dobrych zamiarów.

Podobnie jak w „Descent” dominuje atmosfera odizolowania i tajemniczość. Pojawiają się jednak i inne elementy, takie jak poczucie klaustrofobii oraz kilka dosyć brutalnych scen gore. Na plus warto zapisać również wciągającą oraz zmienna akcja.

W dwudziestym pierwszym wieku brytyjscy twórcy nie mogli zapomnieć o rodzimym seryjnym zabójcy, Sweeneyu Toddzie, postaci wprawdzie fikcyjnej, miejskiej legendzie, która pojawiła się w publikacjach w połowie XIX wieku. Historia doczekała się kilku ekranizacji. Najsłynniejszą z nich jest obraz Tima Burtona z 2007 roku. Rok wcześniej ma premierę inna brytyjska adaptacja tej historii w reżyserii Dave'a Moore'a, pod oczywistym tytułem „Sweeney Todd”. Bohaterem jest londyński fryzjer i felczer, mężczyzna bardzo spokojny i usłużny, lecz od czasu do czasu górę bierze mroczna strona jego osobowości – Sweeney morduje niektórych klientów podcinając im gardła. Podstawowym atutem jest Ray Winstone w tytułowej roli, wykreowanej bardzo wiarygodnie. Na tym jednak nie kończą się pozytywne strony filmu, do których należy zaliczyć również niesamowitą atmosferę obrazu i scenografię, znakomicie oddającą dziewiętnastowieczny Londyn.

W nowym milenium brytyjscy twórcy również ulegają pewnym modom. Do jednych z nich należy zaliczyć obrazy naśladujące filmy dokumentalne. Do kilku udanych produkcji ostatnich lat, takich jak amerykański „Dziennik żywych trupów” oraz hiszpański [Rec] należy dołączyć horror Marka Jamesa i Phila O'Shea – „Vampire Diary”. Od wymienionych obrazów z pewnością odróżnia go zdecydowanie mniejszy budżet i doświadczenie reżyserów. Przecież twórcami amerykańskiego i hiszpańskiego filmu są niezwykle utytułowani, odpowiednio George Romero oraz Jaume Balaguero i Paco Plaza. Jednak tego typu produkcja nie wymaga zazwyczaj zbyt dużego budżetu, a wszelkie niedostatki, zwłaszcza aktorskie łatwo przykrywają zdjęcia kręcone „z ręki”.

Bohaterami obrazu jest ekipa kręcąca film o wampirach. Producentka aby uzyskać wiarygodność do udziału zaprasza dziewczynę, twierdzącą, że jest wampirem. W trakcie realizacji obrazu zaczynają ginąć ludzie. Czy prawdziwe wampiry istnieją?

Obok „Vampire Diary” trudno przejść obojętnie. Obraz faktycznie wciąga. Co ciekawe twórcom udało się przedstawić całkiem intrygującą historię. Pomimo niskiego budżetu, na plus należy zaliczyć charakteryzację, która, jak na niski budżet, wypada przyzwoicie. Dodatkowo film okraszono odpowiednią ilością krwi, podanej na dokładkę do brutalnych scen.

W XXI wieku nie może zabraknąć również horroru niepoważnego. Trzema, chyba najważniejszymi produkcjami są: „Shaun of The Dead” („Wysyp żywych trupów”), „„Severance” ( „Weekend integracyjny” ) oraz „The Cottage” („Domek”) .

Pierwszy z nich parodystyczny „Shaun of The Dead” w reżyserii Edwarda Wrighta opowiada historię młodego mężczyzny, któremu przyjdzie zmierzyć się z hordą zombie. Film posiada wiele zalet, do których należy zaliczyć nie tylko świetny brytyjski humor i brawurową grę pomysłodawcy fabuły i odtwórcy głównej roli Simona Pega, lecz również staranna charakteryzacja i zachowanie odpowiedniego balansu pomiędzy komedią a grozą.

„Severance” to dzieło znanego z „Creep” Christophera Smitha. Jego bohaterami jest grupa pracowników koncernu zbrojeniowego, która udaje się do domku w pobliżu granicy z Rumunią. Jednak od samego początku wycieczka nie przebiega dobrze. Najpierw mają problemy z dotarciem do celu, potem okazuje się, że ich luksusowe lokum, nie jest takie luksusowe. Następnie grupę zaczyna nękać tajemniczy podglądacz. W końcu bohaterowie będą musieli walczyć o przeżycie.

Fabuła jest stosunkowo prosta, przynajmniej na początku. Film wpisuje się w tendencję zmiany konwencji gatunkowej, z komedii obyczajowe w docelową komedio – horroru. Masa gagów brawurowe kreacje aktorskie i pokaźna dawka krwi i scen gore w drugiej części doskonale opisują obraz Smitha.

W tym roku premierę obchodzi „The Cottage” Paula Andrew Williamsa. Podobnie jak w „Weekendzie integracyjnym film przechodzi metamorfozę, z tym że w tym wypadku przechodząc z komedii kryminalne w krwawy komedio – horror. Film opowiada o trójce porywaczy, którzy uprowadzili córkę bogatego właściciela klubu nocnego. Porwanie niestety nie przebiega po ich myśli. Mężczyźni napotykają na kolejne przeszkody uniemożliwiające im otrzymanie upragnionego okupu. Na domiar złego ojciec porwanej wysyła za nimi dwójkę azjatyckich bandziorów, którzy mają odzyskać córkę i zemścić się na porywaczach. Jednak jak się okazuje nie oni są największym problemem porywaczy, a mieszkający nieopodal farmer.

W jednej z głównych ról wystąpił Andy Serkis, znany z kreacji Golluma we „Władcy pierścieni”. Zarówno jego kreacji, jak i pozostałych aktorów jest jednym z wielu atutów „The Cottage”. Sprawnie i dynamicznie przeprowadzoną akcję, obfitującą w mnóstwo gagów, doskonale podkreślono przy pomocy muzyki. Fani filmowej krwi będą wprawdzie zawiedzeni, gdyż solidne sceny gore pojawiają się, lecz dopiero pod koniec obrazu.


Podsumowanie części drugiej

Upadek wytwórni Hammer Horrors powoduje na krótki okres pewien zastój w brytyjskiej grozie, nie trwa jednak zbyt długo. Zwłaszcza w drugiej połowie lat osiemdziesiątych pojawia się kilka wybitnych filmów, do najznamienitszych należy powołanie do życia serii „Hellraiser”. To, co zaczęło dobrze wyglądać pod koniec lat osiemdziesiątych niestety zamarło w kolejnej dekadzie. Lata dziewięćdziesiąte nie przynoszą żadnych większych sukcesów angielskiego horroru. W tym okresie warto wymienić tylko niektóre pozycje, które ukazały się pod koniec dekady - „Kobieta w czerni” oraz „Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek”. Na szczęście sytuacja zmienia się wraz z nadejściem nowego milenium, w którym do głosu dochodzi nowe pokolenie, a świat zachwyca się coraz to nowymi brytyjskimi produkcjami. Polskiemu widzowi najbardziej bliskie niewątpliwie jest „28 dni później” oraz sequel tego wyśmienitego horroru. Rosnąca liczba produkcji oraz ilość nowych „twarzy”, dobrze rokują na przyszłość.




Bibliografia:
A. Kołodyński, Seans z wampirem, Kraków, 1985
T. Lubelski (red), Encyklopedia kina, Kraków, 2003
R. Syska (red), Słownik filmu, Kraków, 2005
Źrodła:
http://horror.about.com/
http://www.hammerfilms.com/
http://en.wikipedia.org/wiki/Hammer_Film_Productions
http://www.imdb.com/
http://www.filmweb.pl/


HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania
HO, Publicystyka - Geografia kina grozy - 5. Wielka Brytania

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -