Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1

Krzysztof Gonerski

Groza czerpie swą siłę z Nieznanego. To dlatego akcja większości horrorów rozgrywa się nocą, kiedy wszystko co znajome i znane pokrywa gęsty mrok, odbierający poczucie pewności i bezpieczeństwa. To dlatego bohaterów horrorów najczęściej umieszcza się w scenerii opuszczonych domostw, gdzie każdy korytarz i każdy pokój skrywa w sobie potencjalne zagrożenie. To dlatego zamaskowani mordercy cieszą się nie słabnącą popularnością, bo lęk przed ich prawdziwym obliczem wciąż paraliżuje widzów. Ludzie boją się tego, czego nie znają. A czyż można sobie wymarzyć doskonalsze źródło grozy niż bezkres kosmicznej przestrzeni?


Cóż z tego, że ludzkość przebadała dokładnie kosmicznymi sondami Układ Słoneczny, skoro, jest on jednym z nieskończonej ilości układów wirujących w kosmicznej próżni. Kosmos i jego prawdziwi, czy tylko domniemani mieszkańcy, są dla nas Wielką Nieznaną. Nie bez powodu kosmitów nazywamy Obcymi - ich obcość jest niczym innym jak wyrazem Nieznanego.

Kosmos to domena kina science-fiction. Ale potencjał strachu, który kryje się w jego bezkresie, nie mógł pozostać niezauważony przez twórców horroru. Nic zatem dziwnego, że od blisko pół wieku ekrany kin regularne zapełniają pełne grozy historię o złu, które czai się gdzieś w kosmosie.
Zło niemal zawsze przyobleka odrażające kształty przybyszów z odległych planet albo wymiarów, których zazwyczaj trudno posądzić o przyjazne zamiary wobec ludzkiej rasy. Kosmici sieją strach i zniszczenie na dalekich planetach, na których nieopatrznie stanęła ludzka stopa. Z upodobaniem podróżują na gapę ziemskimi statkami kosmicznymi, przeważnie traktując załogę jako pożywienie. Najczęściej jednak marzy im się podbój Ziemi i jej mieszkańców w celach jak najbardziej niecnych, choć czasem owe zamiary determinuje konieczność przedłużenie własnego zanikającego gatunku. Kosmici nie zawsze bywają istotami z krwi i kości, a raczej z kwasu i kryształów. Niekiedy są niewidzialną siłą, nie mniej niszczycielską niż posiadający materialne kształty Obcy. Zawsze jednak symbolizują Nieznane, które jest synonimem Zła.

Niniejszy, dwuczęściowy artykuł, to rodzaj subiektywnej antologii filmowych przykładów „horroru kosmicznego”, czyli tego nurtu w fantastyce grozy, który opowiada bądź o kosmitach siejących strach i zniszczenie na Ziemi, bądź w przestrzeni kosmicznej albo na odległych planetach.

Groza z kosmosu

Temat inwazji z kosmosu jest jednym z najczęściej spotykanych w literaturze i filmie SF. Swoje narodziny zawdzięcza Herbertowi George`owi Wellsowi, który jako pierwszy przedstawił atak Obcych na Ziemię w powieści „Wojna światów” (1898). O dziele Anglika pamięta się także z jeszcze jednego powodu W 1938 r. Orson Welles dokonał radiowej adaptacji powieści, która wywołała panikę w Stanach Zjednoczonych. Relacje o rzekomej inwazji kosmitów przekazywane były w formie komunikatów przerywających normalny tok programu, a także w formie bezpośrednich reportaży z „miejsca zdarzeń”. Przy odbiornikach zgromadziło się sześć milionów słuchaczy, z których milion uwierzyła w autentyczność fikcyjnego zagrożenia, tłumnie wylegając na autostrady, gdzie próbowali szukać ratunku.

O audycji późniejszego twórcy „Obywatela Kane`a” i „Wspaniałości Ambersonów” wspomniałem z jednego ważnego powodu. Słuchowisko Wellesa potwierdziło pewien fakt - że największą sugestię wizja nieba usianego statkami wrogo nastawionych kosmitów wywiera w czasach szczególnie dramatycznych. Audycję nadano bowiem na rok przed wybuchem II wojny światowej. Oto odpowiedź na pytanie dlaczego filmy o inwazji z kosmosu cieszyły się tak wielkim powodzeniem w latach 50. i 60..

Lata pięćdziesiąte i początek sześćdziesiątych to najgorętszy okres „zimnej wojny”. Amerykanie ścigali się z Sowietami w rozmnażaniu swych atomowych arsenałów. Światem co rusz wstrząsały lokalne konflikty, z których jednak każdy stwarzał realne niebezpieczeństwo przerodzenia się w konflikt międzynarodowy (np. wojna koreańska - 1950-53, agresja Chin na Tybet - 1950, wojna sueska - 1956, kryzys kubański - 1962 itp.). Widmo wojny nuklearnej złowieszczo krążyło po niespokojnym świecie. Na dodatek w 1947 r. amerykanki pilot, Kenneth Arnold dał Amerykanom nowy powód do niepokoju. W czasie standardowego lotu na Górami Kaskadowymi zaobserwował niezwykłe obiekty latające, które skojarzyły mu się dość prosto ze spodkami. „Latające spodki” - określenie Arnolda, niespodziewanie zrobiło światową karierę, a on sam mimowolnie rozpętał gorączkę UFO (Unidentified Flying Objects).

W okresie „zimnej wojny” najczęściej rozpowszechnione były dwa poglądy dotyczące pochodzenia UFO: że jest ono nowym rodzajem tajnej broni wynalezionej przez supermocarstwa albo, że są to statki kosmiczne Obcych. Ten pogląd, zresztą nadal ma wielu zwolenników, m. in. jego zagorzałym wyznawcą jest niezwykle popularny w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych szwajcarski pisarz i publicysta, Erich von Däniken. Szwajcar od 1968 r. wydał dwadzieścia sześć publikacji dotyczących teorii wpływu istot pozaziemskich na życie ludzi w czasach przedhistorycznych. Sądząc po sześćdziesięciu milionach łącznie sprzedanych egzemplarzach na całym świecie, wielu ludzi uwierzyło, że koło naszej cywilizacji wprawili w ruch kosmici. Co więcej wielu z nich wierzy, że kosmici wciąż regularnie odwiedzają naszą planetę.

Wszystkie te czynniki, zarówno polityczne jak i - nazwijmy je - psychospołeczne znalazły odzwierciedlenie w literaturze i filmie fantastyczno-naukowym, a dokładnie w opowieściach o inwazji z kosmosu. Stanisław Lem w „Fantastyce i futurologii” wyróżnił pięć jej typów: siłową (militarną), psychiczną, opiekuńczą, testową oraz kryptoinwazję. Twórcy, którzy starali się w filmach opowiadających o ataku z kosmosu, zaszczepić grozę, upodobali sobie szczególnie drugi i ostatni z wymienionych rodzajów inwazji.

Tu zaszła zmiana

Pierwszym filmem wiernie ilustrującym treść „inwazji psychicznej” i zarazem pierwszym obrazem odwołującym się do poetyki kina grozy są „Najeźdźcy z Marsa” (1954) Williama Camerona Menziesa Z horroru jest już sam pomysł na konstrukcję ramową. W finale okazuje się, że zasadnicza historia opowiadająca o małym chłopcu, Davidzie to senny koszmar. Jego treść przedstawia inwazję kosmitów. David staje się przypadkowym świadkiem lądowania statku Obcych. Chłopiec zaczyna też wkrótce dostrzegać zmiany w zachowaniu rodziców a po niedługim czasie przekonuje się, że jego bliscy nie są jedynymi, którzy utracili człowieczeństwo. Jak łatwo się domyśleć za niepokojącymi zmianami w psychice mieszkańców zaatakowanego miasteczka stoją Marsjanie. Za pomocą długiej igły wszczepiają w mózgi ludzi kryształki czyniące z nich bezwolne marionetki. Osamotnionemu chłopcu na ratunek przybywa młoda lekarka, która jako jedna z nielicznych, nie została „zainfekowana”. Bohaterowie w porę powiadamiają wojsko i ....wtedy David budzi się z sennego koszmaru Za oknem pokoju chłopca słychać jednak dziwne odgłosy. Dobiegają one od lądującego pojazdu Kosmitów...

Menzies zapisał się w historii kina SF obrazem pt „Rok 2000” (1936) - wystawną wizją świata przyszłości, do której scenariusz, na podstawie własnej ksiązki, „The Shape of Things To Come”, napisała sam Herbert George Welles. Menzies w „Najeźdźcach z Marsa” wykorzystał doświadczenie zdobyte na planie „Roku 2000” i jako znakomity scenograf mistrzowsko posłużył się nią w swoim filmie. Wraz z rozwojem akcji, rzeczywistość otaczająca chłopca staje się coraz bardziej zniekształcona. Aby oddać to wrażenie, zbudowano powiększone przedmioty znajdujące się w otoczeniu ludzi. Umiejętnie wykorzystano również ekspresjonistyczne oświetlenie nasączając fabułę atmosferą niesamowitości i niepokoju.

Wymowa filmu skażona była czasem, w którym powstał. „Najeźdźców z Marsa” odczytywano jako przestrogę przed komunistyczną ideologią. Mimo propagandowego wydźwięku leciwy film Menziesa wypada lepiej niż jego remake z 1986 r. wyreżyserowany przez Tobe Hoopera. Swoją wersją „Najeźdźców z Marsa” Hooper chciał oddać hołd poprzednikowi. W tym celu zrekonstruował dom, w którym mieszkał David oraz wzgórze, na którym lądował statek Obcych. W epizodycznej roli policjanta mamroczącego pod nosem: „Nie byłem tutaj od dzieciństwa” pojawił się Jimmy Hunt, odtwórca postaci Davida w filmie Menziesa. Nowa wersja wzbogacona o możliwości współczesnych technik może się pochwalić także znacznie atrakcyjniejszymi efektami specjalnymi, za które odpowiadał Johna Dykstra („Gwiezdne wojny”) oraz krwiożerczymi potworami zaprojektowanymi przez Stana Winstona („Obcy - decydujące starcie”, „Terminator 2”). Niestety wyparowała gdzieś duszna atmosfera niepokoju i niesamowitości, która stanowiła o największej wartości oryginału.

Temat „inwazji psychicznej” kontynuuje mało znany film Edwarda L. Cahna pt „Niewidzialni najeźdźcy” z 1959 r.. Tym razem kosmici opanowują ciała zmarłych, którzy wkrótce zamieniają się w armię posłusznych marionetek, nieodparcie przywodzącą na myśl niespiesznie snujące się hordy żywych trupów z filmów George A. Romero. Skromny niskobudżetowy film Cahna można zatem uznać za zapowiedź późniejszych filmów o pladze zombie. Groza w „Niewidzialnych najeźdźcach” wynikała zarówno z makabrycznego pomysłu wskrzeszania zmarłych przez kosmitów, jak z niewidzialnego zagrożenia czającego się gdzieś w kosmosie.

O wiele bardziej niepokojąca i znacznie głośniejsza jest natomiast „Wioska przeklętych” (1960) Wolfa Rilla. Podstawę scenariusza stanowiła powieść Johna Wyndhama, „The Midwich Cuckoos”, powszechnie uznawana za klasykę literackiej SF. Film, pozostając w większości wierny książce, opowiada o tajemniczym i niezwykłym wydarzeniu, które miało miejsce w niewielkiej angielskiej osadzie Midwich. Mieszkańcy zapadają w dziwny sen, a kiedy budzą się po kilku tygodniach, odkrywają, że wszystkie kobiety zaszły w ciążę. Na świat przychodzi dwunastka dzieci, które wraz z zaskakująco szybkim rozwojem zaczynają zdradzać coraz bardziej niepokojące cechy. Wszystkie są do siebie podobne: mają jasne włosy, hipnotyczne spojrzenia, są nad wiek rozwinięte i sprawiają wrażenie pozbawionych uczuć i emocji. Posiadają także dar czytania w ludzkich umysłach a łączy ich wspólna telepatyczna więź. Początkowo niewiadomo jaki cel przyświeca dzieciom. Z każdym dniem rosną w siłę i stają się coraz groźniejsze dla dorosłych. Zagrażają już nie tylko mieszkańcom Midwich, lecz całej ludzkości.

Film Rilla chwalono za wzorcową konstrukcję dramaturgiczną, trzymającą w napięciu akcję oraz ponadprzeciętne aktorstwo młodych aktorów jak również George Sandersa, odtwórcy głównego bohatera, Dr Zellaby. Dobrym pomysłem okazała się rezygnacja z efektów specjalnych, dzięki czemu film przykuwał uwagę atmosferą narastającego niepokoju i niesamowitości. Warto też zauważyć, że „Wioska przeklętych” była bodaj pierwszym filmem, w którym dziecko straciło swą niewinność przeobrażając się w budzącego grozę anty-bohatera. Poza, rzecz jasna scenariuszem, przypisującym dzieciom rolę „czarnych charakterów”, zasługi w tym względzie poniósł także charakteryzator Eric Aylott. Zadbał o to, by wygląd dzieci był jak najbardziej niesamowity, dlatego sprawił, że jasnowłose głowy młodych bohaterów mają nieco szersze czoła, a duże ciemne oczy rozjarzają się zimny blaskiem, gdy dzieci jednoczą się we wspólnym działaniu.

Zaledwie trzy lata po premierze filmu Rilla, Anton M. Leader zrealizował jego sequel - „Dzieci przeklętych” . Fabuła koncentrowała się na losach sześciorga dzieci obdarzonych wybitną inteligencją i nadzwyczajnymi, niebezpiecznymi dla ludzi zdolnościami. Poddane badaniom przez uczonych ze specjalnie powołanej w tym celu komisji ONZ, dzieci w końcu uciekają. Za zbiegami, którzy znaleźli schronienie w ruinach kościoła, rusza oddział wojska. W symbolicznej scenerii zrujnowanej świątyni przyjdzie im wygłosić finalne przemówcie o pokojowym przesłaniu. Niestety czuć w tym drętwy dydaktyzm, sam film natomiast pozbawiony jest już tej grozy i napięcia co oryginał.

W 1995 r. John Carpenter ponownie zaadaptował powieść Johna Wyndhama, lecz mimo wierności literackiemu pierwowzorowi i udziału gwiazd: Christophera Reeve`a, Kristie Alley i Marka Hamilla nowa wersja „Wioski przeklętych” nie spotkała się z przychylnym przyjęciem ze strony krytyków. Reżyserowi zarzucano, że zagubił atmosferę irracjonalnego zagrożenia i niepewności. Zawiodły też „czarne charaktery” - dzieci o białych włosach i świecących niczym świetliki oczach z filmu Carpentera nie przerażały tak jak młodzi bohaterowie z filmu Rilla. Może dlatego, że kino od 1960 r. zdążyła oswoić widzów z postaciami dzieci-morderców („Omen”, „Czy zabiłbyś dziecko”, „Dzieci kukurydzy” itp.).

Z kolei „Władcy marionetek” (1994) Stuarta Orme`a. są filmową adaptacja głośnej powieści Roberta A. Heinleina. Obraz opowiada o pewnym małym miasteczku, którego mieszkańcy dziwnie się zachowują. W pobliżu miało miejsce lądowanie statku kosmicznego, wszystko wskazuje na to, że między tymi faktami istnieje związek. Para głównych bohaterów odkrywa, że zmiana osobowości ludzi następuje na skutek przejęcia całkowitej kontroli nad człowiekiem przez pozaziemskie organizmy. Przypominają one pasożyty, które wpijają się w rdzeń kręgowy ofiary. Zaraza się rozprzestrzenia, a zainfekowani zostają także bliscy współpracownicy jednego z bohaterów i jego rodzina. Ale jak było to w przypadku bakterii z „Wojny światów”, tak w filmie Orme`a ludzki wirus zapalenia mózgu powstrzymuje epidemie i ratuje ludzkość przed Obcymi. Film mimo nie najgorszej fabuły, dobrego aktorstwa i kliku udanych scen grozy dość szybko zniknął z ekranów kin. Być może za bardzo przypominał słynną „Inwazję porywaczy ciał” Dona Siegela.

Bliscy-Obcy

Kryptoinwazja to drugi rodzaj najazdu z kosmosu prezentowany w filmach z domieszką mniejszej lub większej dawki grozy. Najwybitniejszym przedstawicielem tego nurt kina inwazyjnego jest bez wątpienia filmowa adaptacja powieści Jacka Finneya pt, „Inwazja porywaczy ciał” (1956) Dona Siegela. Film reżysera mocnych i brutalnych kryminałów („Ucieczka z Alcatraz”, „Zabójcy”) opowiada historię dr Bennella, który odbywając lekarską praktyką w małym kalifornijskim miasteczku, Santa Maria zauważa w ludziach nieuchwytną przemianę. Jego odczucia potwierdzają inni mieszkańcy dostrzegający niepokojące zmiany w zachowaniu bliskich. Wkrótce staje się jasne, że przyczyną zmian jest inwazja z kosmosu. Obcy podrzucają kokony, z których wydostają się idealne kopie ludzi -pozbawione strachu, miłości czy nienawiści. Bezduszne sobowtóry zajmują miejsca prawdziwych ludzi, a inwazji nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać. Pesymistyczną wymowę filmu na polecenie wytwórni Walter Wanger Productions złagodzono przez dodanie narracyjnej klamry. Dramatyczne i przerażające wydarzenia ujęte zostały w relację bohatera, który zeznaje na posterunku policji, skąd zaraz wyruszy pomoc.

Skromny film Siegela (kosztował zaledwie 417 tys. dolarów), nakręcony w zaledwie dziewiętnaście dni, mimo nieszczęsnego happy endu, nadal sprawia niesamowite wrażenie. Jego siła tkwi w prostocie użytych środków, a jednocześnie w ich optymalnym wykorzystaniu. Kluczem wizualnym jest opozycja mroku skrywającego zagrożenie i jasności dająca ludziom chwile bezpieczeństwa. Wraz z postępami akcji ekran pogrąża się jednak w nieuniknionej ciemności. Beznadziejność położenia bohaterów, narastająca atmosfera zagrożenia oraz scena przemiany kokona w człowieka sytuują obraz Siegela bliżej kina grozy niż filmu science-fiction.

O wielkości obrazu decyduje też możliwość interpretowania „Inwazji porywaczy ciał” na wiele sposobów. Najbardziej oczywiste i doraźne odczytanie obrazu odwoływało się do politycznych wydarzeń czasu, w którym powstał film. Był to okres największego natężenia maccartyzmu, atak ze strony ZSRR wydawał się realnym zagrożeniem, jak nigdy wcześniej, zaś poszukiwanie komunistycznych agentów stało się niemal narodową obsesją. Sam reżyser odżegnywał się od jakichkolwiek politycznych odniesień, twierdząc, że zależało mu jedynie na realizacji dobrego, gorzkiego w wymowie dreszczowca. Warto jednak przytoczyć sarkastyczny komentarz Siegela zapytanego o znacznie kokonów. „Ależ ludzie wokół nas są tacy! To kokony. Nie mają uczuć. Egzystują, oddychają, śpią. (...) Sam nie znajduje odpowiedzi, nie rozumiem przyczyny, ale jestem świadomy tego zjawiska i przekazuję tę świadomość w filmie” . Z wypowiedzi tej można wnosić, że Siegel tak naprawdę nakręcił obraz nie o inwazji kosmitów, ale o współczesnej cywilizacji dehumanizującej ludzi.

Nowa wersja „Inwazji porywaczy ciał” w reżyserii Philipa Kauffmana pochodząca z 1978 r. jest nie tylko remake`iem, ale dalszym ciągiem głośnego filmu sprzed lat. Kolorowy obraz, wart 3, 5 mln dolarów, był hołdem złożonym poprzednikowi: w epizodycznej roli taksówkarza wystąpił Don Siegel, a Kelvin McCarthy, główny bohater oryginału, powtarzał swoją słynną kwestię: ”Głupcy! Wy będziecie następni!” Akcja rozgrywa się tym razem w wielkiej metropolii, San Francisco. Grozę wywołuje już nie tylko zmiana sympatycznych mieszkańców małego miasteczka w emocjonalnie lodowate duplikaty, lecz łatwość z jaką wtapiają się wielkomiejską społeczność.. Zmiana ta, jak sugeruje się w filmie, jest cechą charakterystyczną współczesnej kultury. Dr Kibner wypowiada znamienne słowa: „Ludzie zmieniają się, stają się mniej ludzcy”. Interesująco wypada zakończenie, inne niż u Siegela. Dr Bennell w finale okazuje się również Obcym, co jeszcze bardziej podkreśla atmosferę beznadziejności. Obraz Kauffmana staje się zatem czymś więcej niż opowieścią o kryptoinwazji z kosmosu. To metafora-ostrzeżenie przed ewolucją cywilizacji, która wyzbywając się uczuć i emocji, doprowadzić może tylko do zagłady (co sugerują początkowe sceny filmu).

Atutem filmu okazały się także sceny transformacji (dzieło Russel Hessey`a oraz Della Rheaume`a) oraz gwiazdorska obsada: Donald Sutherland, Brooke Adams, Jeff Goldbulm, Robert Duvall.

Gwiazd nie zabrakło także w kolejnej wersji słynnego filmu z 1956 r.. W „Porywaczach ciał” (1993) Abla Ferrary zagrali m.in. Forest Whitaker, Gabrielle Anwar, Meg Tilly, i R. Lee Ermey, a jednak w powszechnej opinii film nie dorównuje poprzednim obrazom. Przy scenariusz filmu pracowali m.in. dwaj uznani twórcy krwawego niskobudżetowego horroru: Larry Cohen, twórca „The Stuff” oraz Stuart Gordon, reżyser „Re-animatora” i być może dlatego, film Ferrary jest najbardziej makabryczny z cyklu (np. scena śmierci Carol, gdy jej miejsce zajmuje oblepiona klejącą się mazią kopia). Niestety Ferrarze, artyście znanemu z surowych, brutalnych gangsterskich dramatów i kontrowersyjnego „Złego porucznika”, zabrakło pomysłu na nadanie filmowi wieloznaczności. Zbyt szybkie tempo opowieści nie pozwoliło również na wykreowanie atmosfery zagrożenia i osaczenia.

Popularność ksiązki Jacka Finneya oraz filmu Dona Siegela jednak nie zmalała. 17 sierpnia 2007 r. odbyła się światowa premiera „Inwazji” , amerykańskiego debiutu niemieckiego reżysera, Olivera Hirschbiegela („ Eksperyment”, „Upadek”). Gwiazdą filmu jest Nicole Kidman, której partneruje Daniel Craig, nowy Bond, a po budżecie filmu wynoszącym ok. 80 mln dolarów możemy się spodziewać, że nawet jeśli nie otrzymamy niczego nowego, to przynajmniej czekać nas będzie film pełen rozmachu i efektów specjalnych na najwyższym poziomie.

Motyw posłusznych kosmitom ludzkich kopii pojawia się w wielu horrorach SF. Całkiem interesująco wypadł on na przykład w pochodzącym z 1988 r. filmie Johna Carpentera, pt. „Oni żyją” . Podstawę scenariusza stanowiło opowiadanie Raya Nelsona, które przedstawia inwazję z kosmosu dokonującą się bez konieczności niszczenia Ziemi. Obcy dzięki specjalnym przekaźnikom kontrolują psychikę ludzi stopniowo zastępując ich całkowicie podporządkowanymi im kopiami. W ten sposób eliminowane są osoby zajmujące kluczowe stanowiska w rządzie, przemyśle i mediach. Spisek nabiera międzynarodowego charakteru, a przekonać się można o nim dzięki specjalnym okularom umożliwiającym odczytanie myśli.

Film Carpentera nie kryje nawiązań do kina SF z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Mamy w jego filmie tę samą obsesję zagrożenia i obawę przed agentami bliżej nieokreślonych obcych państw, jak tę, która obecna była w kinie okresu „zimnej wojny”. Reżyserowi, jak przystało na mistrza horroru, udało się także wykreować gęstą atmosferę niepokoju, niepewności i narastającej paranoi. Niestety od momentu, kiedy mechanizm działania kosmitów oraz rozmiar spisku, został odkryty, film pogrążył się w banale i ogranych schematach.

Oryginalności trudno doszukiwać się również w obrazie Roberta Rodrigueza, pt. „Oni” (1998). Bo choć pomysł wyjściowy - połączenie „inwazyjnego” SF, z filmem młodzieżowym i horrorem, wydawał się interesujący, to na ekranie oglądamy dobrze znane z kina science-fiction lat pięćdziesiątych rozwiązania i schematy. Tym razem jednak nie są one wynikiem braku inwencji twórców, ale postmodernistycznej zabawy filmowymi konwencjami. Uczniowie jednej ze szkól średnich odkrywają, że ich nauczyciele są przybyszami z kosmosu. Rzecz jasna, nikt im nie wierzy. Zdani na samych siebie wkrótce zaczynają podejrzewać jeden drugiego. Nie bez powodu, jedna z koleżanek okazuje się „królową Obcych”, z która jednak młodzi bohaterowie dadzą sobie radę.

Fabuła, przy której udzielał się m.in. scenarzysta ”Krzyków” Kevin Willimason, nie jest jednak najważniejsza. Ważniejsze są aluzje do „Najeźdźców z Marsa”, „Inwazji porywaczy ciał”, „The Thing”, „Władcy marionetek”, czy serii o „Obcym”. Atutem filmu są także młode gwiazdy Hollywood: Josh Harnet, Jordana Brewster, Clea DuVall, Famke Jansen, Elijah Wood oraz Salma Hayek w roli seksownej „pani higienistki”. W filmie jest kilka efektownych scen grozy (zwłaszcza finał), ale nie sposób nie zauważyć, że cała ekipa filmu Rodrigueza łącznie z nim samym doskonała bawiła się w czasie zdjęć. Cześć z zabawowej atmosfery, i to nawet całkiem spora, przeniknęła do filmu.

Wątek kryptoinwazji zakończmy filmem o trzydzieści jeden lat wcześniejszym. „Zemsta kosmosu II” („Quatermass II”) Vala Guesta to kontynuacja cyklu (składającego się z trzech kinowych obrazów) rozpoczętego w 1955 r. a opartego na telewizyjnym serialu BBC z lat 1953, 1955 i 1958-59. Bohaterem ponownie jest profesor Quatermass, który odkrywa zakrojone na szeroką skalę przygotowania do inwazji kosmitów, w której pomagają przedstawiciel rządu. Miejsce, na które spadł tajemniczy deszcz meteorytów, ogrodzono wysoką siatką z drutu. W środku powstał kompleks budynków, w którym uwięziono asystenta profesora. Uczony stara się uwolnić swojego współpracownika i zdemaskować spisek. Jak jednak przełamać zmowę milczenia i rozpoznać, kto jest kim?

Film Guesta, choć nie dorównuje klasie poprzedniego obrazu z trylogii, należy do najbardziej udanych filmów odwołujących się do motywu kryptoinwazji. Udało się stworzyć paranoiczną wizje świata, jakby żywcem wyjętą z nocnego koszmaru. Niezwykłe ujęcia kamery sprawiają, że nawet dobrze znany budynek londyńskiego Parlamentu przemienia się w budzące grozę gotyckie zamczysko. Atmosfera wszechobecnego zagrożenia i koncepcja wielkiego spisku nadal sprawiają przejmujące wrażenie.

Przystanek Ziemia

Istnieje spora grupa filmów, w których przybyszom z kosmosu wcale nie marzy się podbój Ziemi. Pojedyncze egzemplarze Obcych przybywają na Ziemię z różnych powodów - począwszy od zamiarów reprodukcyjnych przez czerpanie życiowej energii a skończywszy na awaryjnym lądowaniu.

Ten ostatni przypadek pojawia się w filmie Christiana Nyby, „Przybysz z innego świata” („Istota z innego świata”) z 1951 r. - chronologicznie pierwszym filmie przedstawiającym inwazję z kosmosu. Choć obraz podpisał zajmujący się montażem Nyby, jego faktycznym twórcą jest legendarny reżyser Howard Hawks („Człowiek z blizną”, „Wielki sen”, „Czerwona rzeka”), figurujący w czołówce jako producent. Podstawę scenariusza stanowiło napisane w 1938 r. opowiadanie Johna W. Campbella, znanego i zasłużonego wydawcy magazynu „Astounding Science Fiction”, na łamach, którego debiutowało wielu znamienitych pisarzy SF.

Fabuła jest prosta. Na Antarktydzie grupa naukowców znajduje ogromny statek kosmiczny. Próba jego wydobycia za pomocą bomby termicznej kończy się wielką eksplozją. Ze szczątków udaje się jednak ocalić lodowy blok ze znajdującym się wewnątrz ciałem kosmity. Podczas gdy dwaj głowni bohaterowie toczą spór o to, co począć z niezwykłym znaleziskiem, topniej lód i na wolność wydostaje się przybysz z kosmosu. Wkrótce okazuje się, że nie ma on wobec ziemskich istot pokojowych zamiarów. Żywi się bowiem krwią zwierząt i ludzi. Wojskowi są przekonani, że kosmita jest zagrożeniem dla ludzkości i powinien zostać zniszczony. Dr. Carrington, próbuje go chronić, w nadziei na porozumienie, ale wkrótce ginie z rąk Obcego. Ten zaś zostaje w końcu zgładzony przez porażenie prądem. Film kończy słynne ostrzeżenie wypowiedziane przez radio: „Uważajcie na niebo!”

Film powstał w szczytowym okresie zimnej wojny i końcowe ostrzeżenie w Stanach Zjednoczonych miało wydźwięk niemal dosłowny. Znany jest przykład samobójstwa sekretarza do spraw obrony, Jamesa Forrestala, który przekonany, że widzi Sowietów lądujących w latających spodkach, wyskoczył z okna wieżowca. Także wymowa konfliktu między reprezentującym siły militarne kapitanem Hendrym a naukowcem dr. Carrington jest dość jednoznaczna. Z wrogiem należy walczyć a nie pertraktować.

Film, niestety, mocno się zestarzał. Dużym rozczarowaniem jest postać pierwszego „złego” przybysza z kosmosu. Przypominał on klasyczne monstrum - Frankensteina, choć James Arness, aktor odtwarzający kosmitę, narzekał, że w kostiumie Obcego wyglądał raczej jak gigantyczna marchewka. Podobno dlatego nie pojawił się na premierze filmu - wstydził się roli jaką zagrał. Rzeczywiście, charakteryzacja daleka była od doskonałości. Makijaż twarzy wyglądał wyjątkowo kiepsko, w montażu więc usunięto wszystkie zbliżenia twarzy przybysza. W konsekwencji wyszło to na dobre filmowi, bo postać kosmity stała się bardziej tajemnicza. Tajemniczości filmu, kręconego głownie w tonących w półmrok atelierowych wnętrzach, nie brakuje. Udało się też dzięki ekspresjonistycznym zdjęciom cenionego operatora, Russella Harlana („Czerwono rzeka”, „Świadek oskarżenia”, „Rio Bravo”), całkiem przekonująco ukazać atmosferę zagrożenia i klaustrofobii.

Trzydzieści jeden lat później, w 1982 r. John Carpenter ponownie zmierzył się z opowiadaniem Campbella. Jego „Przybysz” („The Tihng”) wolny od zimnowojennych obciążeń jest wyjątkowo dynamiczną, sugestywną i makabryczną wariacją na temat filmu Nyby`ego. Fabuła pozostała właściwie bez zmian, różnica polega na kreacji kosmity. Tym razem mamy do czynienia, nie z humanoidalną formą życia, ale z bezcielesną istotę pozaziemską o kształcie materializującym się w żywych organizmach. Wsparte nowoczesną techniką i talentem Boba Bottina i Stana Winstona, mistrzów make-up, dzieło Carpentera to swoisty Grand Guignol. Pełno tu krwawych efektów gore i groteskowych zdeformowanych kształtów w rodzaju ludzkiej głowy na pajęczych nogach czy paszczy brzucha z ostrymi jak piła zębami. W samym jednak procesie przeobrażenia się ludzi i zwierząt w dziwaczne formy, trudno dopatrzyć się czegoś więcej niż efektownego, acz artystycznie jałowego, horrendum.

Choć wymyślne efekty gore zdominowały film Carpentera pesymistyczna wymowa sprawia przygnębiające wrażenie. Więzy łączące ludzi okazują się w obliczu skrajnego zagrożenia kruche jak lód. Obcy może kryć się wszędzie i ukrywać pod postacią najlepszego przyjaciela Obraz odczytywano wiec jako studium zbiorowej paranoi a nieustannie transformującego przybysza z kosmosu jako projekcję leków uwięzionych na stacji badawczej uczonych.

Obcy z „Nocnego gościa” (1965) Johna Gillinga zawitał na Ziemię z nietypowego powodu. Szuka bowiem ratunku dla własnej wymierającej rasy, dlatego porywa w celach reprodukcyjnych ziemskie kobiety. To on odpowiada za serię tajemniczych zaginięć młodych kobiet w małym angielskim miasteczku . Prowadzący w tej sprawie śledztwo Jack Constain usiłuje zwabić w pułapkę kosmitę. W tym celu wystawia przynętę - podstawioną przez policję dziewczynę. Kulminacyjna scena przypomina, że Gilling („Plaga zombie”, „Kobieta-wąż’) był jednym z wyróżniających się reżyserów studia Hammer, specjalistą zwłaszcza od filmów grozy, eksponujących „gotyckość”. Na tle posępnego opustoszałego domu, zza załomu muru, na spotkanie dziewczyny wychodzi zamaskowany mężczyzna. To kosmita. Nie udaje się zapobiec nieszczęściu, ale za uciekającym przybyszem rusza gęstą od ciemności nocą, policyjny pościg. Doprowadza on do startującego statku kosmicznego Obcego. Dopiero wtedy kosmita odkrywa swoją twarz - w połowie ludzką, w połowie straszliwie zniekształconą.

Obcy lądujący na Ziemi w celach reprodukcyjnych stanowią wcale niemałe grono. Także bohaterce „Gatunku” (1995) Rogera Donaldsona, Sil, przyświecają takie cele. Sil to kosmitka, która powstała z połączenie ludzkich genów z pozaziemskimi, według wzorca nadesłanego niegdyś przez obcą cywilizację. W istocie jest to taktyka konia trojańskiego - Sil jest jedynym egzemplarzem swego gatunku, dlatego poszukuje partnera, dzięki, któremu mogłaby się rozmnożyć. W ten sposób kosmici chcą opanować Ziemię. Z drugiej jednak strony, gdy naukowcy orientują się, że wyhodowano w laboratorium dziewczynka, tylko zewnętrznie jest człowiekiem, postanawiają zniszczyć niebezpieczny eksperyment. Początkowa scena, gdy mała dziewczynka (czyli Sil) ucieka z laboratorium i w szybkim tempie przeobraża się w dorosłą niezwykle piękną i ponętną kobietę jest jedną z lepszych w filmie. Wkrótce pół kosmitka, pół człowiek przekonuje się o swojej ukrytej naturze potwora. Giną kolejni ludzie, a Sil przeżywa wewnętrzne rozterki, bo sama do końca nie wiem kim jest. No i musi ciągle uciekać. W ślad za nią wyruszyła specjalna grupa pościgowa, która w finale zmierzy się w podziemiach z bestią. Obce geny przejęły w końcu kontrolę nad Sil, która zdążyła urodzić następne monstra.

Postać potwora zaprojektował słynny szwajcarski malarz, Hans Rudolf Giger (H. R. Giger), twórca konceptu Obcego z filmu Ridleya Scotta i następnych filmów z serii. Monstrum nie wygląda jednak tak efektownie jak w wymienionych filmach, głównie za sprawą niezbyt jasnej koncepcji reżysera. Donaldson chciał, a w każdym razie tak wypadło to na ekranie, by Obcy w ciele Sil był rodzajem majaku, bardziej psychiczną projekcja dzikiej namiętności i nieskrępowanego seksu bohaterki. Całkiem możliwe, że w grę wchodziły też kwestię finansowe. Scenę w pociągu, gdy Sil, po raz pierwszy przeistacza się w Obcego, H.R. Giger sfinansował z własnej kieszeni, wykładając 100 tys. dolarów. Niemniej zdjęcia polskiego operatora Andrzeja Bartkowiaka oraz efekty specjalne (nagodzone na prestiżowym festiwalu w Stiges) prezentują się całkiem przyzwoicie. Choć największe wrażenie, przynajmniej na męskiej widowni, sprawiają wdzięki kanadyjskiej modelki, Natashy Henstridge w roli Sil. Ciekawostką jest, że wyróżniona ją oraz Anthony Guidera nagroda MTV Movie dla najlepszego pocałunku.

Mimo iż filmie Donaldsona roiło się od schematów kina akcji i SF, obraz zarobił tylko w USA ponad 60 mln dolarów, czyli dwa razy więcej niż koszty jego produkcji wynoszące ok. 35 mln dolarów. Sequel, „Gatunek 2” w reżyserii Peter`a Medaka („Zemsta po latach”, „Krwawy Romeo”) pojawił się więc już dwa lata po premierze części pierwszej. Schemat fabularny znany z filmu Donaldsona urozmaicono tym razem przez wprowadzenie postaci kosmonauty, który zostaje zarażony w czasie wyprawy na Marsa. W jego ciele rozwija się monstrum, którego celem ponownie jest szybka reprodukcja, a następnie podbój Ziemi. Do schwytania Obcego wysłana zostaje Eve (znów Natasha Henstridge), genetyczna kopia Sil, pozbawiona jednak morderczych instynktów.

Choć druga część to typowy sequel, gdzie wszystkiego jest więcej, z wyjątkiem oryginalności, zarobił wystarczająco dużo, ze producenci serii, Frank Manusco Jr i Dennis Feldman (także scenarzysta oryginału) postanowili po raz trzeci opowiedzieć o Obcym w ciele człowieka. „Gatunek 3” (2004) zrealizował, Brad Turner, reżyser specjalizujący się w serialach TV (m.in. „Nikita”, „Agentka o stu twarzach). Powstał film, który jest kolejną wariacją na ten sam temat i niestety, według tego samego schematu. Różnica jest tylko taka, że potwór znów ma ponętne kształty seksownej blondynki (Sunny Mabrey) i że znów jest wyjątkowo paskudnym tworem myślącym tylko o niepohamowanym pomnożeniu swego potomstwa.

W obu sequelach Obcy był dzieckiem H R. Gigera, i znacznie częściej eksponowanym niż w pierwszej części. Kosmici wyglądają dość surrealistycznie z długim mackami-czułkami wystającymi z głowy, jednak ich nazbyt humanoidalna sylwetka przywołuje także niezbyt fortunne skojarzenia manekina z głową Nefretete. Zdecydowanie pod względem potencjału grozy ustępują Obcym z serii zapoczątkowanej przez film Scotta w 1978 r.

W tym roku szykowano jest premiera dvd, czwartej części Gatunku - „Gatunek. Przebudznie” . Fabuły można się jednak domyśleć z łatwością

O ile seria „Gatunek” opierała się przede wszystkim na akcji, niemiłosiernie eksploatując motyw pogoni za szaleńcem (tutaj kosmitą-mordercą), o tyle dziś już zapomniany film Harry B. Davenporta, pt „Xtro” (1983) stawiał głownie na makabrę i efekty gore. Jest to opowieść o człowieku, który uprowadzony przez kosmitów, powraca w dość szczególny i makabryczny sposób. Ze statku kosmicznego, który wylądował w pobliskim lesie, wydostaje się pełzający oślizgły stwór, który zapładnia przypadkową kobietę. Chwilę później z jej ciała wylęga się…uprowadzony bohater filmu. Scena porodu czy scena zmasakrowania dziewczyny pod prysznicem określają styl przedstawienia wydarzeń. Jest krwawo, brutalnie i dosłownie.

Mimo iż film Davenporta nie odniósł sukcesu reżyser zrealizował jeszcze dwa sequele: „Xtro: Kolejny pojedynek” (1990) oraz „Xtro: Nawiedzona wyspa” (1995). Pierwszy z nich opowiada o eksperymentach mających na celu umożliwienie podróży do innego wymiaru. Gdy w końcu prace zostają uwieńczone sukcesem, ochotnicy napotykają tam okropną, nienazwaną moc, która za ich pośrednictwem chce opanować Ziemię. Choć fabuła nie miała związku z oryginałem schemat potworów w ciałach ludzi został powtórzony.

Ostatni film trylogii „Xtro” przynosił najwięcej informacji na temat tajemniczych Obcych. Dowiadujemy się, że przybysz potraktował Ziemię jedynie jako przystanek – miejsce awaryjnego lądowania. Nie był sam, w podróży - towarzyszyła mu najprawdopodobniej jego wybranka życia. Ludzie jednak nie okazali się wyrozumiali dla Xtro i jego „żony”. Oboje Obcy zostali brutalnie potraktowani przez ciekawskich ziemskich naukowców, co zaowocowało trwałym urazem do rodzaju ludzkiego. Każdy człowiek, który dostanie się w łapska kosmity, ginie okrutną śmiercią. Niepozorny wygląd Xtro jest odwrotnie proporcjonalny do zagrożenia, jakie stanowi. Dzięki żrącym wymiocinom, długiemu językowi wyposażonemu we właściwości dusząco-paraliżujące, i innym wyszukanym chirurgicznym sprzętom, stanowi nie lada wyzwanie dla oddziału komandosów. A wyspa, na której w betonowym silosie uwięziono Xtro, wkrótce zamienia się w krwawą łaźnię.

Elementów gore nie był pozbawiony także film Tobe Hoopera „Siła witalna” (1985). Scenariusz autorstwa Dana O`Bannona (dwie pierwsze części Obcego) i Dona Jakoby`ego („Najeźdźcy z Marsa”) stanowił adaptację powieści Colina Wilsona pt. „The Space Vampires”. Obraz Hoopera to zręczne połączenie kina SF z horrorem wampirycznym. Kosmici tym razem uznali Ziemię i Ziemian za niewyczerpany i wyjątkowo atrakcyjny rezerwuar „siły witalnej”. Tajemniczą zarazę przemianującą ludzi w wysuszone marionetki-mumie, które rzucają się na pozostałych nie zarażonych wywołała Obca o ponętnych kształtach francuskiej aktorki Mathilde May. Zaraz rozprzestrzenia się w postępie geometrycznym i bardzo przypomina inwazję żywych trupów. Ośrodkiem epidemii jest londyńska katedra Św. Pawła, z wnętrza której bije potężny świetlisty strumień pochłaniany przez statek Obcych. Dopiero przecięcie strumienia żelaznym mieczem przerwie strumień. Demony, bowiem według starej legendy, giną od dotknięcia żelazem.

Zemsta kosmosu

Złowrogi mroczny kosmos, którego tajemnice próbuje brutalnie wydrzeć dociekliwy człowiek, nie zawsze posługuje się Obcymi jako narzędziem zemsty. Czasem są nimi wracający z przestrzeni kosmicznej kosmonauci.

Pierwszym i modelowym obrazem tego nurtu fantastyki grozy stosownie zatytułowanym jest „Zemsta kosmosu” (1954) Vala Guesta Pierwowzorem filmu był serial telewizyjny BBC do scenariusza Nigela Kneale`a emitowany w 1953 r.. Jego bohaterem był profesor Bernard Quatermass, uczony nieco w typie „szalonych naukowców” z przedwojennych horrorów, ale też człowiekiem głęboko wierzącym w konieczność cywilizacyjnego postępu. W dziele Guesta nie jest on jednak głównym, a przynajmniej nie jedynym główny bohaterem filmu.. Ta rola przypada powracającemu z przestrzeni międzyplanetarnej kosmonaucie, Victorowi Caroonowi. Podczas kosmicznej podróży zainfekowany został tajemniczym wirusem pozaziemskiego pochodzenia.. Pilot zdradza objawy niezwykłej choroby, znajduje się w stanie szoku, a kontakt z nim jest niemożliwy. W pewnym momencie wbija sobie kaktus w ramię, a jego ciało łączy się z tkanką roślinną. Od tej pory ulega coraz potworniejszym przemianom, aż w końcu staje się olbrzymią galaretowatą masą, która zagraża ludziom.

Za charakteryzację odpowiadał Phil Leakey, który stał się wkrótce etatowym specjalistą wytwórni Hammer, w której powstała „Zemsta kosmosu”, od wizerunku potworów. Jego zasługą była charakteryzacja Monstrum Frankensteina („Przekleństwo Frankensteina”, 1957) czy Draculi („Dracula”, 1958). Tym większa szkoda, że efekt pracy Leakeya w filmie Guesta widoczny jest z oddali i tylko przez krótką chwilę w finale.

”Zemsta kosmosu” sprawdziła się zatem na innym polu. Doskonale oddawała atmosferę napięcia i niepokoju charakteryzującą okres wojny sueskiej i atomowej histerii. Na ekranie oglądamy więc pesymistyczną wizję człowieka zagubionego i bezradnego, niepewnego swego losu i swojej tożsamości. Dokładnie tak jak musieli czuć się w obliczu realnej groźby rozpętania się III wojny światowej mieszkańcy zwalczających się państw. Ale dzięki sugestywnej kreacji Richarda Wordsworth`a w roli głównej udało się ukazać również jednostkowy dramat bohatera i jego samotność wobec niepojętej, przeraźliwej przemiany skazującej go na okrutny los.

Niespodziewany sukces film uratował nie tylko przed bankructwem małą brytyjską wytwórnię Hammer, lecz także wywołał falę naśladownictwa, która z różnym natężeniem trwa po dziś dzień. Najlepszym tego przykładem jest choćby druga część „Gatunku” Petera Medaka czy „Xtro”. Harry B. Davenporta.

Ale cofnijmy się w czasie. „Zemsta kosmosu” zaowocowała dwoma kolejnymi sequalami: „Zemsta kosmosu II” (1957) oraz „Quatermass i studnia” (1960). Fabuła obu kontynuacji, poza osobą prof. Quatermassa, nie miała nic wspólnego z oryginałem.

Znacznie więcej podobieństw, głównie za sprawą atrakcyjnie filmowo motywu mutacji człowieka w potwora, pojawiał się w obrazach w rodzaju: „O człowieku, który malał” („Niewiarygodnie kurczący się człowiek”) (1957) Jacka Arnolda – bohater na skutek tajemniczej mgły ulega miniaturyzacji aż do całkowitego zniknięcia, czy „Atak kobiety o 50 stopach wzrostu” (1958) Nathana Jurana - bohaterka zostaje napromieniowana przez kosmitę i zaczyna niepohamowanie rosnąć. „Człowiek, który się zmieniał” (1977) Williama Sachsa jest fabularnie najbardziej zbliżonym obrazem do „Zemsty kosmosu”. Kosmonauta Steve Weber w okolicach jednego z pierścieni Saturna dostał się w pole oddziaływania dziwnego promieniowania. Po powrocie na Ziemię z przerażeniem zauważa, że jego ciało ulega makabrycznym przeobrażeniom przemieniając bohatera w galaretowatą masą polującą na ludzi. Efekty plastyczne były dziełem m.in. Ricka Barkera, mistrza charakteryzacji („To żyje”, „Planeta małp”, „Wilk”, „Faceci w czerni”). Niestety wtórna i mało sensowna fabuła skazała film na zapomnienie.

Z kolei w „Najeźdźcy” (1996) Marka H. Bakera to nie człowiek powracający z kosmosu zamienia się w monstrum. Tym razem potworem jest kosmita, który przybył wraz zaginioną sondą „Viking” badającą powierzchnię Marsa. Potwór ma jeden cel – zniszczyć ludzi w odciętym od świata laboratorium. Podobieństwa do serii „Obcego” oraz brak sensownego scenariusza zaważyły o klęsce filmu.

Znacznie lepiej wypadł pochodzący z 1999 r. „Virus” Johna Bruno, którego główną specjalnością są efekty specjalne (m.in. „Otchłań”, „Obcy vs Predator”). Wprawdzie krytycy nie pozostawili na filmie suchej nitki, a odtwarzająca jedną z głównych postaci, Jamie Lee Curtis uważa go za najgorszy w swojej karierze, to obraz Bruno jest mimo wszystko zręcznym połączeniem horroru z cyberpunkową opowieścią o buncie maszyn.

Rosyjski statek badawczy zostaje zaatakowany na Południowym Pacyfiku przez nieznaną silą z kosmosu. Wkrótce trafia na niego amerykański oceaniczny holownik „Sea Star” dowodzony przez kapitana Evertona. W trakcie przeszukiwania dryfującego po morzu rosyjskiego statku, Amerykanie znajdują jedynie Nadję (w tej roli Joanna Pacuła). Z jej nieskładnej relacji dowiadują się, że tajemnicza pozaziemska forma życia opanowała wszystkie urządzenia elektryczne na statku, wymordowała członków załogi, a następnie wykorzystała ich ciała do stworzenia cyborgów – pół ludzi i pół maszyn. Rzecz jasna, nikt nie chce dać wiary w tę niesamowitą opowieść, dopóki historia nie zacznie się powtarzać.

Scenariusz filmu powstał na podstawie komiksu Chucka Pfarrera pod tym samym tytułem. Co ciekawe Pfarrer początkowo myślał o scenariuszu filmowym, ale historia wymagała tak wielu zaawansowanych efektów specjalnych, że w czasie gdy go pisał, czyli na początku lat 90., stworzenie takiego filmu byłoby niemożliwe. Stało się to dopiero w 1999 r. . Rzeczywiście efekty specjalne są mocnym punktem filmu. Nie popisały się za to gwiazdy – Jamie Lee Curtis i William Baldwin zagrali słabo. Dobrze wypadł jedynie Donald Sutherland w roli chciwego kapitana Evertona, który przemienia się w metalowego potwora oraz…Joanna Pacuła.

Gwiazd nie zabrakło także w „Żonie astronauty” (1999) Randa Ravicha. Obok Johnny Deppa. wystąpiła także piękna Charlize Theron. Depp wciela się w postać Spencera, kosmonauty, który po powrocie z rutynowego lotu, w czasie którego statek na chwilę stracił łączność z Ziemią, rezygnuje bez wyraźnego powodu z kariery astronauty. Wkrótce współtowarzyszy lotu Spencera Alex umiera w niejasnych okolicznościach, a żona, Jill (w tej roli Charlize Theron) zachodzi w niespodziewaną ciążę. Od tej chwili Spencer zaczyna się dziwnie zachowywać, ą bohaterka nabiera coraz większej pewności, że jej mąż jest już kimś innym – nosicielem obcej formy życia, która zaatakowała go w kosmosie.

Pierwsza połowa filmu, subtelnie nawiązująca do „Zemsty kosmosu” udanie budowała nastrój tajemniczości i zagrożenia, druga, gdy stało się jasne, że w ciele Spencera zagnieździł się Obcy, nazbyt wyraźnie przypominała „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego, ale oczywiście, bez klasy filmu naszego rodaka.

O tym jak pewien kisiel zapragnął zapanować nad Ziemią

Z kosmosu na Ziemie przylatują nie tylko latające spodki czy zainfekowani przez pozaziemskie siły astronauci. Z przestrzeni kosmicznej w naszych skromnych ziemskich progach często gości.. kicz. Kicz i horror oddziela, niestety, dość cienka granica, a twórcy fantastyki grozy niejednokrotnie świadomie lub nie ją przekraczają. Oto kilka przykładów, które udowadniają, że pomysłowość scenarzystów nie zna granic, a kosmos to miejsce bardziej przedziwne niż się nam zdawało.

Bo kto by przypuszczał, że gdzieś tam w mroku międzygwiezdnej przestrzeni skrywa się żarłoczny ..kisiel. W „The Blob” (1958) Irvina S. Yeaworth`a Jr. kosmita jest bowiem bezkształtna galaretowata maź (w scenariusz określoną jako „the mass”- „masa”) o niezaspokojonym apetycie. Pozaziemski organizm wydobywa się z meteorytu, który spadł w okolicy prowincjonalnego miasteczka Dość szybko daje o sobie zdać żarłoczność przybysza. Jej ofiarami padają: lekarz, pielęgniarka, człowiek naprawiający samochód. Para młodych bohaterów, Steve i Jane, którzy byli świadkami morderczych skłonności tajemniczej mazi, stara się przekonać miejscowego szeryfa o zagrożeniu. Oczywiście, nikt im nie wierzy. Dopiero, gdy bezkształtny organizm atakuje miasteczkowe kino, mieszkańcy podejmują rozpaczliwą próbę powstrzymania potwora.

Choć dziś film Yeaworth`a Jr. bardziej śmieszy niż straszy nie można mu odmówić specyficznej atmosfery zagrożenia oraz niezwykłego groteskowego pomysłu na Obcego. Według serwisu IMDB w początkowych ujęciach w filmie zagrał go odpowiednio zmodyfikowany balon meteorologiczny. W kolejnych ujęciach balon oblano kolorowym silikonowym żelem. Do sukcesu filmu przyczyniła się także Steve McQueen, debiutujący w pierwszej dużej roli w filmie kinowym. McQueen zresztą dość sceptycznie podszedł do występu w obrazie opowiadającym o śmiercionośnej „galaretce”. Za udział w „The Blob”. zaproponowano mu: 2, 5 tys dolarów lub 10% od zysków z biletów. Aktor wybrał pierwszą opcją, tymczasem ostatecznie okazało się, że wpływy wyniosły 4 mln dolarów.

Sukces filmu przełożył się na realizację w 1972 r. niezbyt udanego sequelu, „Beware! The Blob” w reżyserii Larry`ego Hagmana. Dość niecodzienna jest natomiast geneza filmu. Jack H. Harris, producent pierwszej części od wielu lat planował jej kontynuację, ale zawsze pojawiała się jakaś przeszkoda uniemożliwiająca realizację. Sąsiadem Harrisa był aktor i reżyser Larry Hagman, który wyznał kiedyś, ze nigdy nie widział „The Blob”. Producent zaprezentował szesnastominutowy skrót, który tak bardzo się spodobał Hagam`owi, że ten wyraził chęć podjęcia się wyreżyserowania sequelu. Harris zgodził się, by jego sąsiad-aktor zadebiutował w roli reżysera.

Zdecydowanie lepiej wypadł remake filmu Yeaworth`a Jr. zrealizowany w 1988 r. przez Chucka Russella (3 cz. „Koszmaru z Ulicy Wiązów”). - „Blob, zabójca z kosmosu” („Plazma”, „Blob”) . W stosunku do fabuły oryginału dokonano jednej znaczącej zmiany: tytułowa bezpostaciowa magma tym razem jest ubocznym skutkiem prowadzonych na orbicie naukowych eksperymentów. Film wyróżniają także niesamowite surrealistyczne efekty pożerania ludzi przez plazmę. Scena, gdy Blob wciąga przez otwór w zlewozmywaku całego człowieka przeszła już do historii kina grozy. Zresztą sama opowieść, przy scenariuszu której, oprócz reżysera, pracował także Frank Darabont („Skazani na Shawshank”, „Zielona mila”), nabrała niezwykłej dynamiki i wigoru.

Rok później po „The Blob” Yeaworth`a Jr powstał jeden z najsłynniejszych horrorów science-fiction. Sława to jednak dość wątpliwa, bowiem w powszechnej opinii „Plan nr 9 z kosmosu” Eda Wooda uważany jest za najgorszy film w dziejach kina. Paradoksalnie ten pełen warsztatowych niedoróbek obraz, fatalnie zagrany, o bezsensownej fabule doczekał się statusu dzieła kultowego i stał się żywą legendą (podobnie jak jego twórca, „najgorszy reżyser świata”, Edward J. Wood).

Finansowy przez kościół Baptystów, nakręcony w cztery dni film, opowiadał historię lądowania kosmitów na cmentarzu małego miasteczka. Jest to właśnie tytułowy „plan 9”, który ma powstrzymać ludzkość przed kontynuowaniem niebezpiecznych eksperymentów z „bronią solarną”. Zamiary udają się połowicznie. Udaje się bowiem wskrzesić jedynie trzech zmarłych z miejscowego cmentarz – starca, olbrzyma i wampirzycę. Ta trójka zombie szerzy terror na nekropolii i przygotowuje się do podboju Ziemi. Wkrótce na miejsce przybywa wojsko, dostrzeżono bowiem nad miasteczkiem latające spodki.

O legendzie filmu nie zadecydowała pozbawiona jakiekolwiek sensu fabuła, ale urok kiczu, jaki pojawia się w obrazie Wooda. Pomalowany porcelanowy talerz na żyłce udający latający spodek, fatalne pomyłki dialogowe aktorów, wołające o pomstę do nieba błędy montażowe (zwłaszcza nonszalancja w potraktowaniu pory dnia – raz jest nią dzień, raz noc), nieudolna charakteryzacja, udział słynnej w tamtych czasach „drag queen” - Bunniego Breckenridge'a, w roli przywódcy kosmitów a wreszcie zaledwie dwuminutowy występ Beli Lugosiego, tuż przed śmiercią aktora na atak serca – wszystkie te elementy zadecydowały o legendzie „Planu nr 9 z kosmosu”. Oczywiście swój udział miała także „rewolucja postmodernistyczna” na przełomie lat 70 i 80., która wyniosła kicz niemal do rangi sztuki.

Tytuł kolejnego filmu mówi sam za siebie. „Mordercze klowny z kosmosu” (1988) Stephena Chiodo. Jest to opowieść o inwazji kosmitów, którzy zaraz po przybyciu na Ziemię ....rozkładają wielki cyrkowy namiot. Wkrótce w pobliskim miasteczku zaczynają ginąć ludzie, a do miejscowego szeryfa dochodzą pogłoski, że sprawcami tajemniczych uprowadzeń są klowny z dziwnego cyrku. Pogłoski niebawem okazuję się faktem. Dobroduszne klowny okazuję się kosmitami, którym przyświeca niecny cel opanowania Ziemi, a póki co położonego nieopodal miasteczka. Uzbrojone w pistolety z pop cornem, porywają mieszkańców, a następnie w postaci cukierkowych kokonów przetransportowują swe ofiary do cyrku, który okazuje się być statkiem kosmicznym.

Warty dwa miliony dolarów film to parodia „Inwazji porywaczy ciał” w stylu camp. Camp to określenie nieprzetłumaczalne na język polski, najbliższe słowu „zgrywa”. Absurdalna fabuła, efekty nie kryjące swojej sztuczności i aktorstwo nie najwyższych lotów, to częste elementy stylu camp. Najważniejszym wyróżnikiem jest jednak swoista gra, jaką z widzem prowadzą twórcy, swoiste puszczanie oka i traktowanie z ironią filmowego dzieła.

Inny przedstawicielem tego nurtu w kinie grozy a zrazem przykładem zamierzonego kiczu jest kultowy dziś obraz Petera Jacksona „Zły smak” z 1987 r. Film twórcy trylogii „Władcy pierścieni” to przykład dzieła w pełni autorskiego. Jackson nie tylko reżyserował, ale był także jednym ze współscenarzystów, producentem, autorem zdjęć, montażystą, jednym z twórców make-up oraz twórcą efektów specjalnych i wreszcie odtwórcą głównej, podwójnej roli. Dzięki temu budżet filmu zmieścił się w marnych stu pięćdziesięciu tysiącach dolarów. Jackson nie tylko sam wykonał gumowe maski kosmitów, ale skonstruował na potrzeby filmu ...stojak do kamery. A mimo tego debiut Jacksona szczyci się statusem dzieła kultowego.

Historia jest nieprzyzwoicie prosta i w gruncie rzeczy pretekstowa. Na ziemię przybywają Obcy i zjadają mieszkańców pewnego niewielkiego nowozelandzkiego miasteczka. Rząd wysyła na miejsce grupę uderzeniową o nazwie... AIDS. Rozpoczyna się systematyczna wojna między paskudnymi kosmitami-kanibalami (gustują w ludzkim mózgu) a dzielną drużyną Ziemian, której przewodzi Derek. Chłopaki z AIDS docierają w końcu do domu, w którym swą siedzibę założyli kosmici. Dom zresztą okazuje się być statkiem kosmicznym. Ostateczne stracie jest nieuniknione, a kiedy do niego dochodzi krew leje się strumieniami.

Amatorska produkcja Jacksona pełna jest kiczowatych efektów gore. Eksplodujące głowy (aż nadto widać, że sztuczne) ludzi, ale także zwierząt (ech, ta nieszczęsna owieczka), scena przybijania gwoździ do stóp, ucinania kończyn, masakrowania kosmitów, wyjadania mózgu i innych krwawych i makabrycznych atrakcji. Wszystkie jednak podane z przymrużeniem oka, otrzymujemy zatem radosną, anarchiczną zabawę w makabrę a przy okazji złośliwą parodię „filmów inwazyjnych”.


Źrodła:Literatura:


A. Kołodyński: Dziedzictwo wyobraźni. Historia filmu SF, Warszawa, 1989
K. Loska: Encyklopedia filmu science-fiction, Kraków, 2004

Internet:

http://www.imdb.com/
http://www.filmweb.pl/



HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1
HO, Publicystyka - Groza z kosmosu, groza w kosmosie cz. 1

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -