Zaloguj się (dla użytkowników forum)
TARGETS
Żywe Tarcze
Reżyser:Peter Bogdanovich
Kraj prod.:USA
Obsada:Boris Karloff, Tim O'Kelly, Arthur Peterson, Monty Landis, Peter Bogdanovich, Nancy Hsueh
Żadna chyba dekada nie była równie przełomowa dla filmowego horroru, co lata 60. Klasyczny, hollywoodzki model kina grozy, spod znaku "Drakuli" i "Frankensteina", stopniowo zaczął popadać w zapomnienie, by w końcu ustąpić miejsca produkowanym niezależnie nihilistycznym filmom "krwawej fali". Jak to się stało, że owe "monster movies", popularne przez tyle lat, przestały nagle być straszne? Niektórzy sądzą, że nie nadążały za coraz bardziej bezwzględną i brutalną rzeczywistością. Gdy Ameryka przeżywała rewolucję obyczajową, wojnę w Wietnamie i ogólny kryzys wartości, potwór Frankenstein mógł się co najwyżej wydawać poczciwym kompanem z lepszych czasów. "Targets" Petera Bogdanovicha to film, w którym niby w probówce przetrwał klimat zmagań dwóch epok kina grozy - tej po hollywoodzku klasycznej i nadciągającej już wtedy wielkimi krokami epoki gore.
Bogdanovich symbolicznie sportretował obie te epoki w dwóch równolegle przeprowadzonych, z pozoru zupełnie nie związanych ze sobą wątkach. Pierwszy dotyczy starego gwiazdora filmów grozy, Byrona Orlocka, który szykuje się do przejścia na emeryturę, przekonany, że grane przez niego old-schoolowe postacie są niczym wobec koszmaru prawdziwej rzeczywistości. W drugim wątku młody mężczyzna, Bobby Thomson, bez wyraźnych motywacji morduje całą swą rodzinę, by następnie chwycić za karabin snajperski i strzelać do przypadkowych osób. Losy tych dwoje ludzi wkrótce się przetną: w finale obłąkany snajper urządza zasadzkę w kinie samochodowym, które organizuje właśnie pożegnalny pokaz filmów z Orlockiem...Obydwie postacie, Orlock i Thomson, mają swoje pierwowzory w prawdziwym życiu. Orlocka gra sam Boris Karloff, niepowtarzalny odtwórca licznych filmowych monstrów z Frankensteinem na czele, i od początku wiadomo, że gra tutaj siebie samego - zasłużonego gwiazdora horrorów w podeszłym wieku. (Orlock ma nawet identyczną jak Karloff filmografię: zagrał na przykład w filmie Howarda Hawksa pt. "Criminal Code", który w swoim czasie ugruntował pozycję Karloffa w Hollywoodzie). Z kolei inspiracją dla postaci Thomsona był autentyczny, głośny wówczas przypadek Charlesa Whitmana - człowieka, który w 1966 roku wdrapał się na dach wieżowca w Teksasie, skąd strzelał do przypadkowych przechodniów i kierowców. Właśnie w równoległym prowadzeniu tych dwóch wątków, aż do finałowej konfrontacji, w której ostrzeliwani z ukrycia bywalcy kina samochodowego zupełnie zapominają o wyświetlanym akurat staromodnym horrorze - kryje się pytanie o sens istnienia filmu grozy w jego klasycznej odmianie, którą wdzięcznie symbolizuje stary Orlock. Bo jego oddziaływanie całkowicie niknie w konfrontacji z tym co robi Thomson, nie będący przecież bynajmniej bajkowym potworem, a jedynie przeciętnym obywatelem, który nagle wpadł na pomysł że zacznie mordować. "Targets" opowiada o sytuacji, w której rzeczywistość prześcignęła horror i utorowała drogę dla horroru, który rychło miał się zrodzić z rzeczywistości.
Ta różnica między starym a nowym, między bezpiecznym strachem a niemozliwym do opanowania ludzkim terrorem, przekłada się także na sposób prowadzenia równoległych wątków przez reżysera. O ile wątek Orlocka sfilmowany jest w sposób tendencyjnie staromodny (statyczna kamera, liczne plany amerykańskie, teatralna dominacja dialogu nad akcją), o tyle w scenach z Thomsonem rządzi niepodzielnie nowoczesna narracja subiektywna: złożone ruchy kamery oddające stan ducha mordercy, wartki montaż, chropowata faktura obrazu i niemal zupełna rezygnacja z muzyki czy dialogu - surowość formy, która będzie jednym ze znaków rozpoznawczych obrazów "krwawej fali". Kontrast między historiami dwojga ludzi wydobyty został zatem wydobyty w "Targets" w sposób tak skrajny i szokujący przede wszystkim dzięki umiejętnemu zróżnicowaniu środków filmowych.
Debiutancki film Bogdanovicha należy do najlepszych autotematycznych horrorów w historii. Pozwala lepiej zrozumieć mechanizmy, które doprowadziły do rewolucji w ramach tego gatunku na przełomie lat 60. i 70. Co ciekawe, o jego powstaniu zadecydował przypadek. Otóż Boris Karloff winien był producentowi, Rogerowi Cormanowi, trzy dni zdjęciowe. Corman, który słynął z oszczędności, powierzył swemu asystentowi Bogdanovichowi nakręcenie w ciągu owych trzech dni półgodzinnego materiału z Karloffem, a następnie uzupełnienie go materiałem z udziałem innych aktorów do rozmiarów pełnometrażowego filmu. Mimo dużych ograniczeń, Bogdanovich wywiązał się z zadania doskonale; efekt nie opłacił się jednak Cormanowi, który poniósł na nim komercyjną porażkę (z zainwestowanych 125 tysięcy zwróciła się zaledwie jedna piąta). Nie wątpliwie dobrze wyszedł na tym filmie reżyser, przed którym "Targets" otwarło furtkę do Hollywood, oraz Karloff, który dostał szansę odejścia od wizerunku potwora i zagrania jednej z najpiękniejszych ról w swojej karierze. Czas powstania filmu - rok 1967 - był wyjątkowo szczęśliwy: w niespełna kilka miesięcy później zginą w zamachach Luter King i Kennedy, kultura zachodnia ulegnie radykalnej przemianie a George A. Romero nakręci przełomową "Noc żywych trupów", która na zawsze zmieni oblicze kina grozy. Jednak czasów niepodzielnego panowania gore Boris Karloff już nie doczeka: umrze na rozedmę płuc 2 lutego 1969 roku.
Screeny
+ ostatnia wybitna rola Borisa
Karloffa, który portretuje tu samego siebie;
+ ascetyczna, ale przemyślana
reżyseria;
+ na poły autotematyczny film, który proroczo zapowiada nadejście
gore;
+ genialna dwudziestominutowa sekwencja finałowa
- trochę niedoceniony i
zapomniany;
- widzowie nie zaznajomieni z kinem grozy mogą nie zrozumieć licznych
aluzji.
Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO
Horror Online 2007 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody
twórców strony ZABRONIONE!!!
