Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:RESIDENT EVIL: DEGENERATION

RESIDENT EVIL: DEGENERATION

Resident Evil: Degeneracja

ocena:9
Rok prod.:2008
Reżyser:Makoto Kamiya
Kraj prod.:Japonia
Obsada:(głosy):, Alyson Court, Paul Mercier, Angela Miller, Roger Craig Smith, Michael Sorich,
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:9
Ocena użytkowników:5.6
Głosów:10
Inne oceny redakcji:

Któż przypuszczał, że seria japońskich gier komputerowych powstałych w 1996 roku zamieni tytuł Resident Evil w jedną z najbardziej „kultowych” i kanonicznych legend świata horroru. Prosty slasher, który z początku miał zapewniać nieskrępowaną rozrywkę zwolennikom manualnego likwidowania zidiociałych hord zombiaków, zamienił się z czasem w klasę samą dla siebie, a do jego ostatecznego rozsławienia w skali globu przyczyniła się niejaka Milla Jovovich. Prostota pomysłu okazała się strzałem w przysłowiową dziesiątkę: nieznany wirus T powoduje mutację ludzi w bezrozumne bestie spragnione krwi innych ludzi. Do garnka wrzucono przy okazji sprawdzone przyprawy: wiecznie spiskujące i niehumanitarne korporacje, dwulicowych polityków i wojskowych, niewinnych ludzi oraz przypadkowego bohatera, który zbawi wszystkich. W zamyśle brzmi to sztampowo, ale wnioski są zawsze te same: większość ludzi lubi te melodie, które już kiedyś słyszało.

Jak już napisałem we wstępie, świat Resident Evil ma dziś status samowystarczalnej instytucji i jest otoczony niemałym uwielbieniem, które, niczym wirus, przeniosło się ze świata gier komputerowych do głównego nurtu popkultury, a pani Jovovich przyniosło globalny rozgłos i status gwiazdy kina grozy/SF. Zupełnie zresztą zasłużenie, moim skromnym zdaniem, bo rola Alice, jedynej ocalałej z epidemii w Racoon City pokazała, że aktorka znakomicie odnajduje się w takiej konwencji, a jej bohaterka wykazuje nie tylko zdolność do myślenia, ale potrafi także ewoluować w ciągu całej serii (dotąd powstały trzy filmy fabularne). Ekranizacje gier komputerowych od dawien dawna budziły mój niepokój, ponieważ nie wierzyłem, żeby film mógł przebić atmosferą grę komputerową (jest wszak odwrotnie – dzisiaj to gry są często lepsze od kina) i spodziewałem się zwyczajowego festiwalu głupoty. Istotnie, wiele ekranizacji gier komputerowych to prawdziwe gnioty, za które powinno się przyznawać kary więzienia i ciężkich robót. Wspomnijmy tylko o skrajnych przypadkach w rodzaju Alone In The Dark, Max Payne, Street Fighter czy Doom. Czas jednak zrobił swoje, scenarzyści wyciągnęli odpowiednie wnioski i na rynku zaczęły pojawiać się coraz lepsze propozycje, spośród których seria Resident Evil jest najbardziej prominentnym przykładem solidnego kina.

Niniejsza recenzja nie jest jednak poświęcona kinu fabularnemu, a najnowszej odsłonie opowieści o walce z zombie w konwencji japońskiej anime. Zasług Japończyków w tworzeniu kina animowanego najwyższej próby nie trzeba ani przedstawiać, ani wymieniać. To istni mistrzowie, którzy niejednokrotnie udowodnili, że potrafią połączyć doskonałą kreskę z nieograniczoną wyobraźnią i poruszaniem najbardziej dramatycznych problemów. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu tradycyjny wizerunek bohaterów filmów anime (oraz komiksów manga) jest nie do przyjęcia - wielgachne oczy, brak nosów, wiecznie śmiejące się usta, dziwne fryzury, nieproporcjonalne ciała itd., ale od wielu już lat Japończycy zajmują się swoistą „europeizacją” swoich dzieł, a bohaterowie na ekranie coraz bardziej upodabniają się do twarzy i proporcji ciał rasy White Caucasian, jak powiedzieliby Amerykanie. Nie od dziś wiadomo, że Japończycy uwielbiają urodę Europejczyków (czy, szerzej, rasy białej) i widać to wyraźnie w ich animacjach. Niech więc zatwardziali przeciwnicy tego odłamu kina odłożą na bok, bo w omawianym filmie widać wprawdzie wyraźny japoński sznyt, ale cały film nie ma wielu nawiązań do tego kręgu kulturowego.

Zastanawiałem się jakiś czas, czy zasadne będzie przedstawienie warstwy fabularnej prezentowanego filmu, ale doszedłem do przekonania, że nie jest ona najważniejszym aspektem tego dzieła. Zamysł jest prosty: zła korporacja i sprzedajny polityk, zabójczy wirus, który wymyka się spod kontroli, epidemia wśród ludności, a w środku garstka prawych szeryfów, którzy przywracają porządek. Elementem dodatkowym jest motyw prywatnej vendetty osoby, którą określilibyśmy dziś mianem eko-terrorysty – nie mogąc dojść sprawiedliwości oficjalnymi kanałami obmyśla plan, który wykracza poza wszelkie kanony moralności. Nie jest to oczywiście najważniejszy wątek tego filmu, ale pozwala uzyskać efektowny finał ostatecznego starcia dobrego ze złym, a jednocześnie popisać się wizjonerstwem w kreowaniu prawdziwie odrażającej postaci. Film nie jest zresztą ani zbyt zawiły, ani nader dramatyczny. Zaczyna się od kolejnego wybuchu epidemii, który zmusza ludzi do walki o przetrwanie i jest dla nich próbą charakterów. Jedni starają się pomóc innym, a pozostali walczą wyłącznie o własne przetrwanie bądź korzyści. Twórcy filmu zastosowali tu dychotomiczny i dość przewidywalny podział charakterów, jednoznacznie wskazując oskarżycielskim paluchem w stronę profesji, które zwykle nie kojarzą się pozytywnie: polityków, pracowników korporacji, generałów czy ludzi, którzy walczą o swoje racje uciekając się do przemocy i terroryzmu (nazwijmy ich zbiorczo bojownikami). Jest to mało odkrywcze, ale pozwala na wyraziste zarysowanie konfliktów i postaw. Od chwili wybuchu epidemii sytuacja wymyka się spod kontroli i rozpoczyna się pandemonium. Stopniowo, w miarę rozwoju wypadków, ujawnia się diaboliczna intryga, która, jak większość intryg, obliczona jest na zyski małej grupki interesów kosztem większość tzw. zwykłych ludzi. Jest to znany mechanizm polityczno-społeczny, który wałkuje się w nieskończoność na wszystkich poziomach nauki, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest on niezniszczalny. Nawet jeśli grupka prawych ludzi stanie na drodze tej bezlitosnej machiny i zatrzyma ją na chwilę, jest to działanie na krótką metę. Walec historii ma tę właściwość, że nigdy nie zatrzymuje się na długo i nikomu nie uda się zmienić ludzkiej natury: pędu do zysku, władzy i sławy. Japończycy, na szczęście, nie mają skłonności do nadętego moralizatorstwa i kasandrycznego wieszczenia końca świata, czy ratowania ludzkości w ostatnim momencie. Wnioski nasuwają się same w trakcie rozwoju akcji i nie ma potrzeby robić finałowego podsumowania i wyciągania wniosków. To jedna z większych zalet filmu.

Resident Evil: Degeneration to jednak przede wszystkim film akcji, który ogląda się doskonale. Wydarzenia biegną wartko, bohaterowie zachowują się dynamicznie i bardzo ludzko, a ich motywacje i przekonania są dobrze uwypuklone. Nie da się oczywiście uciec od schematów, ale jest to w końcu kino rozrywkowe, a nie moralitet Bergmana. Grafika jest na tyle dopracowana, że chwilami ma się wrażenie, że oglądamy regularny film, a nie animację. Grafikom zabrakło jednak funduszy albo czasu, aby dopracować mimikę i szczegóły postaci: mamy tu bowiem i nieruchome, szklane oczy, które patrzą w nicość, i fryzury, które żyją jakby własnym życiem, a także nieco „gumowe” ruchy samych bohaterów. Przyznam, że trochę to razi, ale być może jest to tylko gderanie kogoś, kto widział w życiu już tyle filmów, że oczekuje od twórców dbałości o najdrobniejsze szczegóły w imię dążenia do perfekcji. Poza tym nie ma się tu do czego przyczepić. Akcja prowadzi nas od samego początku niczym rwąca rzeka, a realizm i dosłowność pokazywanych obrazów może niejednego zaskoczyć. Jako porównanie mogę tu przywołać animowaną wersję Beowulfa, który jest uderzająco podobny w wykonaniu do prezentowanego tu dzieła Japończyków. Coraz częściej łapię się na dochodzeniu do wniosku, że w przyszłości czeka nas inwazja animacji komputerowej kosztem klasycznego kina z „żywymi” aktorami i będzie to krótka, acz gwałtowna walka, która dla jednego z przeciwników z pewnością będzie walką o przetrwanie. Żyjemy wszak w epoce cyfrowej, gdzie postęp pędzi szybciej od TGV, a cyfryzacja życia postępuje geometrycznie. Jeśli mogę pokusić się na koniec o odsłonięcie własnych przekonań na ten temat to zdecydowanie wolałbym, aby animacja rozwijała się samodzielnie bez angażowania prawdziwych aktorów, których wizerunek zostaje następnie przetworzony komputerowo. O wiele ciekawsze jest oglądanie takich właśnie sztucznie wykreowanych postaci, które mają ludzkie motywacje, niż ludzi, którzy zamieniają się androidopodobne twory, niejednokrotnie dość śmieszne (patrz Hopkins czy Jolie w Beowulfie). Póki co zapraszam jednak do tańca z zombiakami, którego łatwo nie zapomnicie.

Screeny

HO, RESIDENT EVIL: DEGENERATION HO, RESIDENT EVIL: DEGENERATION HO, RESIDENT EVIL: DEGENERATION HO, RESIDENT EVIL: DEGENERATION HO, RESIDENT EVIL: DEGENERATION HO, RESIDENT EVIL: DEGENERATION HO, RESIDENT EVIL: DEGENERATION HO, RESIDENT EVIL: DEGENERATION HO, RESIDENT EVIL: DEGENERATION HO, RESIDENT EVIL: DEGENERATION

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ doskonale poprowadzona akcja
+ spójna, przemyślana i mocna intryga
+ wyraziste postaci o własnej motywacji i zasadach postępowania
+ niesamowity dynamizm akcji
+ uczta dla wielbicieli klimatów zombie

Minusy:

- skorzystanie ze znanych schematów fabularnych
- mimika twarzy i postaci, która chwilami sprawia wrażenie, jakby wykonano je z gumy

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -