Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai

RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai

Zasada numer jeden

ocena:7
Rok prod.:2008
Reżyser:Kelvin Tong
Kraj prod.:Singapur / Hong Kong
Obsada:Shawn Yue Man-Lok, Ekin Cheng Yee-Kin, Stephanie Che Yuen-Yuen, Fiona Xie
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:9
Głosów:1
Inne oceny redakcji:

"There is no ghost in this world" /cytat z filmu/

Lee Kwok-keung jest młodym policjantem. Sławę wśród innych policjantów zawdzięcza zastrzeleniu seryjnego mordercy, którego stróże prawa przez trzy lata bezskutecznie próbowali pochwycić. Lee twierdzi jednak, że to nie on zabił mordercę, lecz zmusił go do tego ..duch. Rzecz jasna, nikt nie daje wiary w tak fantastyczne wytłumaczenie, niemniej komendant decyduje się przenieść policjanta do Wydziału Spraw Rozmaitych. Wydział jest niezwykle tajemniczy, ma siedzibę w opuszczonym magazynie a na Lee nie czeka nikt poza poruszającym się na wózku pracowniku (który jak się okazuje może także chodzić). Nowego przełożonego inspektora Wonga policjant poznaje na …basenie, na którym rzekomo ukazuje się duch dziewczynki-topielicy. Dowiaduje się od niego, że jego wydział zajmuje się rozwiązywaniem spraw o charakterze nadprzyrodzonym. Najważniejsza zasada Wydziału brzmi: „Nie ma duchów na świecie”. Jak się okazuje celem kierowanej przez Wonga grupy jest tak naprawdę ukrywanie przed społeczeństwem niewytłumaczalnych zdarzeń. A tych jest całe mnóstwo. A to w domu starców samoczynnie włącza się telewizor niedawno zmarłej staruszki, a to dziewczynka-duch starszy na basenie, a to po miejskim kinie błąka się czyjaś zjawa. Wśród tych spraw jedna wydaje się czymś więcej niż manifestacją nadprzyrodzonej siły. Dochodzi do serii zbrodni na kobietach w różnym wieku. Na pozór morderstwa wyglądają na samobójstwa, ale obaj bohaterowie przeczuwają, że mają one związek z działaniem istot z zaświatów. A konkretnie jednej: seryjnego mordercy, którego duch, niczym wirus, opętuje kolejne osoby, zmierzając do bezpośredniego pojedynku z detektywem Lee.

Reżyser filmu Kelvin Tong, to specjalista od filmowego straszenia z Singapuru. Zrealizował do tej pory pięć pełnometrażowych obrazów z czego aż cztery były filmami grozy. Do tej pory największym sukcesem Tonga była realizacja „The Maid” (2005), który zarobił ponad dwa mln singapurskich dolarów. W Polsce filmowiec ten znany jest z reżyserii wojennej ghost story „1942” (2006) – niezbyt udanego obrazu opowiadającego o grupce japońskich żołnierzy zagubionych w malajskiej dżungli i prześladowanej przez duchy. W porównaniu z tym filmem najnowsze „Rule Number One” jest obrazem o kilka poziomów lepszym, choć podobnie jak w poprzedni filmie z łatwością rozpoznamy w nim znajome elementy znanych filmów, niekoniecznie horrorów. Na pewno jednak można powiedzieć o ostatniej produkcji Tonga, że nie nudzi tak bardzo jak „1942”. Co więcej wielu krytyków uważa, że jest to, jak do tej, pory najlepszy film tego singapurskiego reżysera. Czy mają rację?

Uczciwie trzeba przyznać, ze „Rule Number One” ma otwarcie godne Mistrza Hitchocka. To on jest przecież autorem słynnej maksymy, wedle której film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi a dalej napięcie powinno rosnąć. W horrorze Tonga nie ma katastrofy naturalnej, ale otrzymujemy dwie mocne, gwałtowne i zaskakujące sceny. W pierwszej z nich siedzący samotnie w autobusie pewien mężczyzna schyla się by podać tajemniczej kobiecie pomadkę, która poturlała się pod nogi pasażera. W pewnym momencie zza siedzenia wyskakuje młody mężczyzna i oddaj serię strzałów do kobiety. W drugiej scenie policjant patrolujący podziemny parking zatrzymuje samochód. Kierowca zachowuje się podejrzanie. W pewnym momencie funkcjonariusz dostrzega ślady krwi, wyciekającej z bagażnika. Dochodzi do krwawej jatki, która przerywa…. zmartwychwstanie zamordowanej kobiety, przewożonej w bagażniku samochodu. Dawka surrealistycznej, groteskowej i niespodziewanej grozy rodem z najlepszych japońskich produkcji. Niestety po tym imponującym prologu napięcie „dalej nie rośnie”, ponieważ twórcy pokazują także osobiste życie bohatera. Na szczęście film w miarę szybko powraca do głównego wątku, czyli codzienności Wydziału Spraw Rozmaitych, którego pracownicy wzywani są do kolejnych niewyjaśnionych spraw. Inspektor Wong stara się być wierny naczelnej zasadzie Wydziału mówiącej, że nie ma czegoś takiego jak duchy. Ma z tym problem, ponieważ detektyw Lee aż zanadto dobrze widzi, że istoty zza światów rzeczywiście przebywają w ziemskiej rzeczywistości. Z czasem intryga w filmie staje się nieco monotonna. Oglądamy wciąż ten sam schemat: dzieje się coś niezwykłego, na miejsce przybywają bohaterowie, Wong stara się wytłumaczyć wszystko racjonalnie (czyli mówiąc wprost okłamać nieszczęsną ofiarę nadprzyrodzonych sił). Na szczęście wkrótce na czoło interwencji wydziału wysuwa się sprawa tajemniczych samobójstw, które są w istocie morderstwami. Lee oraz Wong wpadli bowiem na trop wyjątkowo niebezpiecznego ducha, który, niczym wirus, zmienia co chwila ciała ziemskich właścicieli, uciekając przed tropionymi go policjantami. Dzięki temu pomysłowi oglądamy nie tylko kilka surrealistycznych scen zabójstw, lecz przede wszystkim film zyskuje na dynamice. Dodajmy, że groza w „Rule Number One”, w porównaniu do „1942” czy nawet znacznie lepszego „The Maid”, zrealizowana jest z głową, oszczędnie stosowna i doskonale wkomponowana w fabułę. Jeśli nawet niektóre pomysły nie są pierwszej świeżości, to nie drażnią jakoś szczególnie, może dlatego, że przedstawiona historia przebiega w dobrym tempie i nie na tyle przewidywalnie, by nas nie zainteresowała.

Niestety, Tong w przypadku omawianego filmu okazuje się znacznie lepszym reżyserem niż scenarzystą. Jego film aż ugina się pod ciężarem „inspiracji” innymi znanymi tytułami. Na myśl przede wszystkim przychodzi „W sieci zła” (1998) z Denzelem Washingtonem. Przypomnijmy, ze w tym amerykańskim obrazie policjant ścigał samego diabła, który przez dotyk przenosił się z jednej osoby na drugą. Pomysł na wydział zajmujący się paranormalnymi zjawiskami kojarzy się z „Archiwum X”(1993) a nawet z „Facetami w czerni”(1997). W końcu u Tonga ludzie zajmujący się duchami i tym podobnymi nadprzyrodzonymi istotami zajmują się głownie skrzętnym ukrywaniem informacjo o istnieniu tego rodzaju stworzeń, zaś w „Facetach w czerni” właśnie tego rodzaju działania stanowiły podstawę służby bohaterów amerykańskiego filmu granych przez Tommy Lee Jones i Will Smith. Tong cytuje niekiedy konkretne sceny z konkretnych filmów. Mam na myśli scenę na dachu wysokiego budynku, kiedy na gzymsie staje grupa uczennic. Niemal identyczną scenę widzieliśmy w „Sucide Club” (2001) Siona Sono. Można by listę pomysłów zaczerpniętych z innych filmów jeszcze długo ciągnąc. Ważniejsza jest jednak odpowiedź na pytanie jak bardzo te zapożyczenia przeszkadzają w oglądaniu „Rule Number One”? Na szczęście nie bardzo. Owszem, trudno film Tonga uznać za wybitny, lecz chyba nawet sam reżyser nie miał aż tak wielkich ambicji. Jak na film rozrywkowy jego wtórność da się bez większego bólu znieść.

O wiele bardziej przeszkadza co innego. Tong chętnie korzysta z montażowych elips, czyli takiego środka stylistycznego, który pozwala opuszczać pewne fragmenty filmu. Na przykład takie, w których nic się nie dzieje lub, których z łatwością można się domyślić. Czasem stosuje się elipsy dla zaskoczenia widza. Z tego rodzaju funkcją mamy do czynienia także w „Rule Number One”. Na przykład scena w autobusie, kiedy –jak się okazuje - detektyw Lee zabija kobietę wydaje się początkowo całkowicie oderwana od filmu. Dopiero wraz z rozwojem akcji dowiadujemy się, że kobieta była „zainfekowana” przez złego ducha. Niestety wydaje się, że w przypadku horroru Tonga, reżyser za bardzo zawierzył elipsom, bo wprowadzają one sporo zamieszania. Nie wiadomo na przykład tak naprawdę kim był zły duch. Nie ma bowiem pewności, czy łańcuch opętania uruchomiła kobieta z autobusu (jeśli tak, to skąd on się zaraziła?), czy demoniczną istotą był morderca z prologu filmu. Ale w filmie zdarzają się jeszcze większe logiczne wpadki. Lee rzuca się biegiem za samochodem, którym ucieka „zainfekowana” policjantka, choć obok stoi samochód. Na piechotę szybciej? Jedna z uczennic ucieka policjantowi, mimo że nie została opętana przez złego ducha. Po co wiec uciekała? Nieco zagmatwany jest także finał, który owszem może zaskoczyć, lecz dobrze by było, żeby nie zaskakiwał kosztem logiki. Więcej grzechów nie pamiętam, lecz te, które zauważyłem nieco psują odbiór filmu.

Nie na tyle jednak by przekreślać „Rule Number One”. Obraz Tonga został nagrodzony Srebrnym Ekranem na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Singapurze za najlepszy film. Wydaje się, że zaważyły nie tylko względy patriotyczne, lecz rzeczywista wartość filmu. Bo choć niewątpliwie scenariusz jest nieco dziurawy a podobieństwa do wielu innych filmów uderzające, to nie ulega wątpliwości, że mieszanka kina akcji, kryminału, thrillera najlepiej zrobiła ghost story. Otrzymujemy wreszcie coś innego niż kolejną opowieść o długowłosym klonie Sadako.

Screeny

HO, RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai HO, RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai HO, RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai HO, RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai HO, RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai HO, RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai HO, RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai HO, RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai HO, RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai HO, RULE NUMBER ONE a.k.a Dai yat gaai

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ sprawnie zrealizowany
+ interesująca fabuła
+ nie nudzi
+ dobre tempo
+ przyzwoicie zrealizowane sceny grozy
+ udane połączenie kina akcji, kryminału, thrillera i ghost story
+ mocny prolog
+ gra aktorska bez zarzutu

Minusy:

- nadużywanie montażowych elips
- nieco dziurawy scenariusz
- niekiedy niedorzeczne zachowanie bohaterów
- niezbyt czytelne zakończenie

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -