Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:RUINS, THE

RUINS, THE

Ruiny

ocena:7
Rok prod.:2008
Reżyser:Carter Smith
Kraj prod.:USA / Australia
Obsada:Jonathan Tucker, Jena Malone, Laura Ramsey, Shawn Ashmore,
Autor recenzji:M@rio
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:5.84
Głosów:31
Inne oceny redakcji:

Kiedy świat obiegła wiadomość, że Carter Smith zamierza zekranizować bestsellerową powieść Scotta B. Smitha, fani filmowej grozy wstrzymali oddech. Bowiem pojawienie się na rynku masowego odbiorcy książki „Ruiny” wstrząsnęło rynkiem literatury grozy. Powieść Smitha okazała się prawdziwym powiewem świeżości w zalewie powielanych schematów i bezsensownej rzeźni. Przyznam szczerze, że i ja sam dołączyłem chętnie do grona tych zapaleńców, którzy z wywieszonymi językami czekali na pojawienie się ekranizacji tej niemalże genialnej książki. I powiem od razu: nie zawiodłem się.

Amy (Jena Malone), Jeff (Jonathan Tucker), Stacy (Laura Ramsey) i Eric (Shawn Ashmore) to grupa amerykańskich przyjaciół, która postanowiła nieco odpocząć, a przy okazji się zabawić po stronie meksykańskiej granicy. Jednak leżakowanie przy nasłonecznionym basenie przy wtórze alkoholowych imprez, szybko zaczyna się turystom nudzić. Gdy młodzi spotykają Niemca, imieniem Mathias (Joe Anderson), ich wycieczka zaczyna nabierać rumieńców. Wraz z nowym kolegą, postanawiają wybrać się w głąb meksykańskiej dżungli, by wśród leciwych ruin odnaleźć zaginionego brata Mathiasa. Pełna nadziei wyprawa, momentalnie zamienia się w prawdziwy koszmar, gdy miejscowa ludność zapędza turystów na szczyt świątyni Majów. Szybko okazuje się, że nie są tu sami. Rozpoczyna się gra, której stawką jest ludzkie życie...

„Ruiny” są debiutem reżyserskim Cartera Smitha, jeśli chodzi o produkcje pełnometrażowe. Do tej pory, reżyser ten miał w swoim dorobku jedynie krótkometrażówki. Pomimo dość różnych, a nawet skrajnych opinii amerykańskich krytyków filmowych, „The Ruins”” przez całkiem spory czas, bo prawie przez trzy tygodnie, utrzymywały się w pierwszej dziesiątce amerykańskiej listy box office.

Film zaczyna się niemal niczym klasyczny horror. Jest grupka żądnych przygód nastolatków, która w końcu dostaje z nawiązką to, czego szuka. Ten typowo amerykański obrazek szybko jednak zamienia się w chwytający za gardło, pełen krwi i przemocy, survival. Osoby, które znają powieść Smitha, szybko dostrzegą sporo przeinaczeń, które zaserwowali nam twórcy „The Ruins”. Mam tu na myśli chociażby główne miejsce akcji, czas jej trwania oraz przede wszystkim zmianę ról głównych postaci. W powieści wszystko to wygląda nieco inaczej. Została jeszcze sprawa zakończenia. W książce jest ono dużo bardziej dołujące, przesycone wyrazem beznadziei i ludzkiej rozpaczy. I chyba właśnie tego mi najbardziej zabrakło w tej ekranizacji. Niby widzimy na ekranie bezradność i niemoc głównych bohaterów, ale finałowy twist nie jest tutaj takim szlagiem jak w oryginale literackim. Tam zakończenie było niemalże kwintesencją całej powieści, wdeptującym w ziemię ostatnie nadzieje odbiorcy na optymistyczny finał. I mimo że rozwiązanie akcji w produkcji Cartera Smitha nie jest jakieś szczególnie złe, to w porównaniu do powieści, nie ma niestety takiej mocy i wypada zwyczajnie gorzej. Podejrzewam jednak, że osoby, które nie zetknęły się z lekturą „Ruin”, będą zadowolone tym, co oferuje ta adaptacja filmowa. Te zmiany, które zostały zaserwowane w ekranizacji, zostały niejako wymuszone dość niewielkim budżetem. Zresztą sam Scott Smith przygotował scenariusz do filmu, więc wszystkie te zabiegi zostały wcześniej dokładnie przemyślane.

W gruncie rzeczy „The Ruins” to porządny survival, który nie dość, że dzieje się w nietypowej scenerii (zdjęcia kręcono w przepięknej i malowniczej Australii), to również oferuje widzowi porządną dawkę krwi i wrażeń. Do teraz mam przed oczami scenę amputacji nóg, która pewnie niejednemu widzowi da w kość. Ale przecież o to chodzi w gatunku horroru. Jeśli podczas seansu sami łapiemy się na tym, że film wyzwala w nas tyle emocji, to znaczy, że jest to przyzwoite kino grozy. I tak jest w tym wypadku. Myślę, że z książki liczącej czterysta stron całkiem sporo udało się wycisnąć. Ani przez chwilę nie łudziłem się, że adaptacja „Ruin” może przebić powieść Scotta Smitha. Po seansie z ręką na sercu mogę zaświadczyć, że faktycznie książka wypada lepiej. Mimo to, jestem miło zaskoczony tą ekranizacją, bo momentami film naprawdę zamienia się w bezkompromisowy horror. Pewną innowacyjnością jest to, że ten ludzki dramat dzieje się głównie w blasku słońca, przy w pełni oświetlonej i skądinąd dość uroczej scenerii. Co prawda, „Ruiny” nie są pierwszym horrorem, który umieszcza swoją akcję w blasku dnia, zamiast w mrocznych ciemnościach, ale chyba przyznacie sami, że niewiele jest takich filmów grozy...

Główny schwarzcharakter, z którym przyjdzie się zmierzyć naszym bohaterom, całkiem sprawnie został opracowany przez ludzi od efektów specjalnych. Niemal dokładnie tak samo go sobie wyobrażałem, czytając powieść Scotta Smitha i przyglądając się okładce do pierwszego wydania książki. Tym, co spodobało mi się w ekranizacji, jest to, że nie zostaje wyjaśnione pochodzenie i charakter tego nietypowego bohatera negatywnego. W książce zresztą jest podobnie. I na tym polega siła obu dzieł. Dzięki temu, widz może pokusić się o własne wyjaśnienie i interpretację. Natura „nieznanego”, jako jeden z głównych elementów gatunku horroru, musi przecież w pewien sposób pozostać poza zasięgiem widza. Wielu twórców popełnia ten błąd, że od razu daje wyjaśnienie odbiorcom na tacy. Carter Smith na szczęście tego nie robi.

„Ruiny” bardzo dobrze punktują również etnocentryczną naturę Amerykanów. Kiedy jeden z bohaterów wypowiada słowa: „czwórka Amerykanów na wakacjach nie znika tak po prostu”, to aż mimowolnie pojawia się uśmiech na twarzy widza. W końcu ten gatunek nie oszczędza nikogo...

Miło zostałem zaskoczony także poziomem aktorstwa. Co prawda, nie należy się spodziewać gry na miarę Oscara, ale aktorzy, wcielający się w głównych bohaterów tchnęli sporo życia w grane przez siebie postacie. Szczególne ukłony należą się Jonathanowi Tuckerowi, znanemu między innymi z remake’u „Texas Chainsaw Massacre”, czy amerykańskiej wersji „Pulse”. Jako chyba jedyny bohater obdarzony zimną krwią, Tucker, zdaje egzamin. Szkoda jedynie, że jego rola w końcowym twiście zostaje rozmieniona na tani patos. Wiele emocji wzbudziła we mnie również Laura Ramsey jako Stacy. Grana przez nią bohaterka, momentami wzbudza prawdziwą niechęć, a to też przecież sztuka!

Jako survivalowy horror, „Ruiny” wypadają całkiem przyzwoicie. Co prawda nie jest to dzieło, które rzuca na kolana, ale kilka mocnych scen, w połączeniu z dobrym aktorstwem oraz klimatem beznadziei, robi niezłe wrażenie. Na tle książki, ekranizacja wypada gorzej, ale mimo wszystko warto zobaczyć, bo chwilami „The Ruins” potrafi sponiewierać widza.

Screeny

HO, RUINS, THE HO, RUINS, THE HO, RUINS, THE HO, RUINS, THE HO, RUINS, THE HO, RUINS, THE HO, RUINS, THE HO, RUINS, THE HO, RUINS, THE HO, RUINS, THE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ klimat
+ scena amputacji nóg
+ malownicze zdjęcia
+ zaskakująco dobre aktorstwo

Minusy:

- spłycony finał

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Ciekawostki:

Zobacz ciekawostki do filmu

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -