Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:SŁUDZY CIEMNOŚCI

THE SERVANTS OF TWILIGHT

SŁUDZY CIEMNOŚCI

ocena:8
Autor:Dean R. Koontz
Tłumaczenie:Jan Kabat
Wydanie oryginalne:1984
Wydanie polskie:1995
Wydawnictwo:Amber
Ilość stron:384
Autor recenzji:Anna Plich
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Szczyt pisarskiej formy Deana Koontza przypadał na ostatnie trzy dekady XX wieku. W jego współczesnej prozie można zauważyć „zmęczenie materiału”, uwidaczniające się w mało zajmujących pomysłach na fabuły powieści i mniej dopracowanym warsztacie. To wcale nie oznacza, że absolutnie wszystkie książki Koontza wydane przed 2001 rokiem z subiektywnego punktu widzenia są perłami literatury grozy, bo pisarz wówczas niejednokrotnie skręcał w klasę B, czasami nawet ciekawą, a czasem odrobinę męczącą. Jednakże częściej prezentował swoim czytelnikom starannie skonstruowane intrygi, w których nierzadko mieszał stylistykę horroru z thrillerem i science fiction. „Słudzy ciemności” w moim odczuciu wpisują się w poczet dopracowanej części twórczości Deana Koontza, będąc dziełem nieco bardziej wymagającym od jego powieści przynależących do klasy B. W 1991 roku Jeffrey Obrow przeniósł na ekran niniejszy utwór, ale czas pokazał, że nie zyskał on takiego poklasku opinii publicznej, jak literacki pierwowzór.


Christine Scavello samotnie wychowuje sześcioletniego syna, Joeya, w mieście Costa Mesa w stanie Kalifornia. Pewnego słonecznego dnia na parkingu przed centrum handlowym zostają zagadnięci przez zaniedbaną starszą kobietę, której początkowa uprzejmość szybko zamienia się w werbalny atak wymierzony w chłopca. Christine jest przekonana, że to jednorazowy przypadek, ale już wieczorem Joey alarmuje matkę, że widział za oknem twarz staruszki. Rano odkrywają, że ktoś zabił ich psa. Christine zawiadamia policję, ale kiedy uświadamia sobie, że nie są w stanie zapobiec ewentualnej tragedii zwraca się do prywatnej agencji detektywistycznej, której szefuje Charlie Harrison. Zauroczony kobietą mężczyzna angażuje się w sprawę, odkrywając, że Scavellów prześladują członkowie sekty, tak zwanego Kościoła Mroku, którym przewodzi znana im już starsza kobieta, Grace Spivey. Fanatycy są przekonani, że zbliża się Apokalipsa, a dzięki rzekomym wizjom swojej przywódczyni widzą w Joey’u Antychrysta, którego należy natychmiast zgładzić. Charlie jest zdeterminowany, aby ocalić swoich klientów, ochronić ich przed gotowymi zabijać członkami sekty.

„Słudzy ciemności” to jeden z przykładów reprezentatywnego dla Deana Koontza dziełka, poruszającego się, jak wnoszę z kilku jego innych utworów, w ramach ulubionej konwencji autora. Ten typ narracji pisarz niezmiennie dzieli na dwie części – na początku wyraźnie akcentując jakiś charakter zagrożenia i poruszając kilka wątków bazujących na zaszczuwaniu protagonistów przez czarne charaktery, a z czasem skręcając w stronę motywu drogi, obrazującego szaleńczy pościg śladami pozytywnych bohaterów. W „Sługach ciemności” czołową antagonistką jest leciwa, zaniedbana, acz niezwykle charyzmatyczna kobieta, Grace Spivey, zrzeszająca „zagubione owieczki”, najczęściej te, które wkroczyły na drogę przestępczą, w swoim Kościele Mroku. Najważniejszym członkiem sekty staruszki jest Kyle Barlowe nazywany Młotem Boga, rosły, zdeformowany mężczyzna, który dzięki niej powoli wyzbywa się potrzeby wyrządzania krzywdy bliźnim i potrafi kontaktować się z nią, gdy przebywa w transie. Doktryna Spivey zakłada rychłe nadejście Apokalipsy, którą wedle swego przekonania z woli Boga właśnie ona ma powstrzymać. Wizje, jakie często miewa, zdolność łączenia się ze światem duchowym, w którym jakiś byt przekazuje jej cenne informacje utwierdzają ją w przekonaniu, że sekta, którą stworzyła jest ostatnim bastionem Boga w walce z Siłami Ciemności. Innymi słowy Spivey jest sztandarowym przykładem religijnej fanatyczki, zafiksowanej na punkcie zbliżającego się końca świata i obsesyjnie przygotowującej się na to wydarzenie. Na świecie jest mnóstwo takich osobników: ortodoksyjnych chrześcijan, szykujących się na świętą misję, wojnę w imię Boga. Wybór takiego, a nie innego charakteru antagonistów może więc wskazywać na pragnienie autora zwrócenia uwagi czytelników na tego rodzaju osobników, na obrastanie w siłę wszelakich sekt, mających zgubny wpływ na psychikę zagubionych duszyczek. I rzeczywiście Koontz z właściwą sobie błyskotliwością obszernie wyłuszcza zwyczajowy charakter radykalnych sekt religijnych na przykładzie wymyślonego przez siebie Kościoła Mroku, a żeby nieco podgrzać atmosferę ich celem czyni sześcioletniego chłopca. W Joey’u Scavello, nad wiek rozwiniętym, ciekawym świata, układnym dziecku, Grace Spivey widzi Antychrysta i nabiera przekonania, że Bóg chce aby z pomocą swoich uczniów go zgładziła. Spotkanie jakoby obdarzonej nadprzyrodzonymi zdolnościami przywódczyni sekty z Joeyem i jego matką, Christine, Koontz sportretował już na pierwszych stronach powieści, tym samym błyskawicznie zawiązując właściwą akcję. Jak się szybko okazuje poruszającą się zarówno w ramach literackiego horroru, jak i thrillera, co jest swoistym znakiem rozpoznawczym prozy tego autora, elementem udowadniającym, że pisarz posiadł rzadką zdolność równomiernego rozkładania części składowych typowych dla obu tych gatunków i zmyślnego łączenia ich w kilku punktach, tym samym tworząc nową jakość literatury grozy.

Pierwsza połowa powieści bazuje na próbach wyeliminowania sześcioletniego Joeya Scavello przez członków Kościoła Mroku w zaciszu jego domu oraz zastraszania jego i Christine. Chłopiec szybko nabiera przekonania, że Spivey jest czarownicą, a matka uznaje, że bezpieczniej będzie nie wyprowadzać go z błędu, jednocześnie starając się zaangażować policję w całą sprawę. W tym miejscu Koontz, jak zawsze skradł moje serce pesymistycznym oglądem świata oraz systemu prawnego, który podzielam, acz nie potrafiłabym tak obrazowo go wyartykułować, jak on. Autor przytomnie zauważa, że świat nie jest niczym innym, jak otchłanią pełną chaosu, w której żyją ludzie, a Konstytucja Stanów Zjednoczonych (powiedzmy sobie szczerze: polska również) chroni przede wszystkim przestępców. Żeby to udowodnić rozsnuwa wątek bierności przedstawicieli organów ścigania w obliczu zagrożenia stworzonego przez sektę religijną. Policja nie jest w stanie przeciwdziałać realnemu niebezpieczeństwu, w jakim znaleźli się Joey i jego matka Christine, bo brakuje im dowodów na udział Grace Spivey w całej sprawie. W ten oto sposób, gdy wysłany przez nią w celu zamordowania sześcioletniego chłopca członek sekty ginie, kobieta angażuje w sprawę kolejnego osobnika, którego organy ścigania nie są w stanie bezpośrednio powiązać z jej osobą. Christine jest więc zmuszona zwrócić się do prywatnej agencji detektywistycznej. Wybiera drogą firmę, na czele której stoi Charlie Harrison – typowy koontzowski altruistyczny bohater, który z miejsca zakochuje się w Christine. Ale nie tylko to zachęca go do zaangażowania się w jej sprawę, również bulwersująca krzywda sześcioletniego, według niego niewinnego chłopca, którą doskonale rozumie, gdyż w dzieciństwie sam był ofiarą okrucieństwa dorosłych. Po zaangażowaniu w sprawę Charliego, mającego miejsce tuż po przytłaczającym zabójstwie golden retrievera Joeya (wątek nietypowy dla kochającego psy i często robiącego z nich bohaterów swoich książek Koontza) akcja nabiera tempa i to na kilku płaszczyznach. Najbardziej oczywisty, dynamiczny ustęp bazuje na eliminowaniu przez detektywów zacietrzewionych członków sekty, oczywiście z wzajemnością oraz szaleńczego pościgu śladami uciekających przed zagrożeniem Christine, Joeya oraz Charliego. Warstwa sensacyjna, portretująca szczegóły pogoni, pomimo chwilami naprawdę trzymających w napięciu ustępów, przez moje osobiste preferencje, zapewne szybko by mnie zmęczyła, gdyby nie liczne fragmenty ożywiające fabułę, gatunkowo dalekie od powieści akcji. Koontz sporo miejsca poświęca psychologicznym aspektom całej intrygi, rzutującym na sześcioletniego chłopca. Strata psa zdruzgotała malca, co zrozumiałe, ale adopcja nowego golden retrievera, który to zasila grono pierwszoplanowych bohaterów „Sług ciemności”, pomaga mu chwilowo zażegnać rozpacz. Chwilowo, bo nieustanne ucieczki, życie w strachu, w ciągłym poczuciu zagrożenia z czasem mają bardzo negatywny wpływ na psychikę chłopca, powoli spychając go w wyimaginowany świat, odcinając od otaczającej go rzeczywistości. Pałająca do niego ogromną matczyną miłością Christine jest przytłoczona cierpieniem syna, podobnie Charlie, ale jego opiekunowie nie są w stanie zrobić nic, żeby przeciwdziałać postępującemu obłędowi Joeya. Obok dogłębnie rozpisanej, emocjonującej warstwy psychologicznej Koontz, bardziej skrycie, acz i tak dostrzegalnie dotyka wątków satanistycznych, zasiewając w czytelnikach wątpliwości, co do prawdziwej natury chłopca. Pomysłowe, często makabryczne sny Charliego (szczególnie zwraca uwagę obraz Joeya z gołą czaszką zamiast twarzy, z klatki piersiowej którego wyskakuje horda szczurów) i halucynacje mężczyzny oraz Spivey (obraz węża wyłaniającego się spod łóżka, będący niegdysiejszym owocem wyobraźni Joeya) można odczytywać dwojako – czy to jako proroctwo rychłej śmierci chłopca, czy to jako dowody jego szatańskich mocy. Koontz niejednokrotnie daje do zrozumienia, że chłopiec rzeczywiście może być Antychrystem, że Spivey wcale nie musi być wariatką zafiksowaną na punkcie swojej wyimaginowanej krucjaty, ale paradoksalnie to wcale nie sprawia, że jej kibicujemy. Wszak Koontz portretując Joeya dokonał rzeczy wydawać by się mogło niemożliwej – nawet biorąc pod uwagę realną ewentualność jego demonicznej natury i tak pragnie się, aby wyszedł cało ze starcia z zastępami Spivey.

Poziom „Sług ciemności” znacząco zawyżyła paranoiczna atmosfera, akcentowana niemalże nieustannie przez autora. Każdego drugoplanowego i epizodycznego bohatera podejrzewa się o przynależność do Kościoła Mroku, przez co trójka protagonistów (czwórka, jeśli doliczyć psa), a wraz z nimi czytelnik nie może zaufać absolutnie nikomu. Ludzi Spivey, podobnie jak w „Dziecku Rosemary” Iry Levina wypatrujemy wszędzie, również w kręgach przedstawicieli organów ścigania, co generuje chwilami niemalże ściskającą krtań aurę wszechobecnego zagrożenia, szeroko zakrojonego spisku, który sprawia, że dosłownie wszędzie należy wypatrywać bezpośredniego niebezpieczeństwa, a uciekających protagonistów alienuje od reszty społeczeństwa. Najpierw mentalnie, z czasem terytorialnie, bowiem końcówkę „Sług ciemności” Koontz oddał w nieprzyjaznej górskiej, zimowej scenerii, tym samym obrazując dynamiczną ostateczną rozgrywkę w survivalowych realiach. Na drobny minus poczytuję jedynie moim zdaniem nienależycie rozwinięty fragment z głęboko wierzącym policjantem na początku powieści pouczającym Christine, jak ma wychowywać syna, który to naturalną koleją rzeczy powinien zostać pociągnięty w kierunku przynależności gliniarza do Kościoła Mroku. Nieco znużyły mnie również obszerne opisy przedzierania się protagonistów przez dzikie, smagane śniegiem tereny pod koniec powieści, ale tylko miejscami, bo Koontz często je ożywiał bezpośrednimi starciami z ludźmi Grace Spivey. Sam finał natomiast, zagadkowy, niejasny, pozostawiający furtkę do dwojakiej interpretacji, uważam za całkowicie udany, co jest raczej nietypowe dla dzieł Deana Koontza, który przecież szczególnie umiłował sobie jednoznaczne, przesłodzone happy endy.

A więc reasumując „Słudzy ciemności” to kawał naprawdę solidnej lektury, mieszającej stylistykę thrillera i horroru i należycie oddającej multum różnych wątków, bazujących na wszelkiego rodzaju, silnych emocjach, które notabene najpotężniej angażują w lekturę. Dean Koontz po raz kolejny udowodnił mi, że wyróżnia się na tle twórców literatury grozy, doskonale znając prawidła rządzące tak horrorami, jak i dreszczowcami oraz zdając sobie sprawę, które „sznurki” w umysłach spragnionych wrażeń czytelników pociągać, żeby na długie godziny skraść ich uwagę.
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ błyskotliwy obraz religijnej sekty, otaczającego nas świata i systemu prawnego
+ wnikliwie oddana warstwa psychologiczna
+ trzymające w napięciu starcia z czarnymi charakterami
+ paranoiczna aura wszechobecnego zagrożenia
+ charakterystyka Joeya
+ niepokojące sny Charliego i wizje Spivey
+ w przeważającej części zgrabnie oddany wątek survivalowy pod koniec powieści
+ poddający się dwojakiej interpretacji finał

Minusy:

- brak rozwinięcia wątku religijnego policjanta
- chwilami zbyt rozwlekłe opisy nieprzyjaznej scenerii pod koniec powieści

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -