Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:AFRYKAŃSKA ELEKTRONIKA

AFRYKAŃSKA ELEKTRONIKA

AFRYKAŃSKA ELEKTRONIKA

ocena:4
Autor:Jan Krasnowolski
Tłumaczenie:
Wydanie oryginalne:0
Wydanie polskie:2013
Wydawnictwo:Korporacja Ha!art
Ilość stron:221
Autor recenzji:Arleta Wojtczak
Ocena autora:4
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Wszystkie historie, które wymyśla Głowa, muszą mieć początek i koniec. Niekoniecznie muszą mieć sens.
– Jan Krasnowolski „Brudny Heniek”

Jana Krasnowolskiego, jak wyczytać można z okładki, zalicza się do twórców tak zwanej literatury lad lit, czyli pozycji generalnie lekkich, łatwych i przyjemnych, skierowanych głównie, w zamyśle twórców pojęcia, do męskiego odbiorcy. To również odtrutka na szerzące się na półkach supermarketów pozycje dla zabieganych kur domowych, kolokwialnie określanych mianem twórczości kuchennej. I za to pisarzowi jak najbardziej należą się brawa, gdyż z całą resztą wyszło już różnie.

Wielkość, czy jak kto woli, miarę autora, liczy się w pojęciu stałości, czyli z grubsza rzecz ujmując mniej więcej równego poziomu, przedstawianych szerszemu gronu odbiorców dzieł. I tu już pisarz bezpretensjonalnie wymyka się schematowi. „Afrykańska elektronika” jest bowiem zbiorem czterech różnych, skrajnie odmiennych nie tylko tematyką, ale i poziomem opowiadań.

In plus zdecydowanie należy zaliczyć fakt, że wśród zalewającej półki księgarniane, modnej ostatnio (przynajmniej wśród samych twórców) literatury emigracyjnej, wspomniane opowiadania wyłamują się schematowi Polaka – tułacza, indywidualisty. Bohaterowie są takimi sobie ot everymanami, nie ukrywającymi, że liczą się przede wszystkim pieniądze – im szybciej i więcej, tym lepiej. W pogoni za lepszym życiem, trochę na własne życzenie, a trochę za sprawą przypadku ładują się w kłopoty, z ostatecznie różnymi finałami. W założeniu demiurga (czyt. pisarza), przygody głównych postaci miały wywoływać dreszcze, jeśli już nie przerażenia, to przynajmniej lekkiej grozy. Co też – trzeba przyznać – się udaje, lecz jedynie dla odbiorców zaznajomionych z ortografią. Nie znaczy, że historie nie są ciekawe. Boli jedynie wrażenie, że pisarz ma swoich czytelników za idiotów. Podkreślmy, że nie każdy kto sięga po literaturę lekką, ma wykształcenie ponadgimnazjalne zasadnicze, bo ta grupa wybiera raczej pozycje obrazkowe. Przeciętny czytelnik ma pewną wiedzę, jeśli już nie o historii, to z pewnością o geopolityce. W opowiadaniu „Hasta sempre, comandante” aż boli rozczulanie się autora nas własną erudycją oraz robienie tajemnicy z czegoś, co niemal od początku dla szarego zjadacza literatury jest oczywiste.

Mimo wszystko, trzeba oddać pisarzowi, że historie do pewnego momentu wciągają i, co w tym wypadku nie jest obrazą, czyta się je jak popularne czasopisma. Ma to związek z piórem, charakterystycznym dla autorów codziennych sensacyjek, potrafiących umiejętnie stopniować napięcie. Niestety, odnosi się również bolesne wrażenie wtórności, że gdzieś już w podobny sposób coś napisano. Szczególnie w ostatnim opowiadaniu, które choć ciekawe (połączenie losów byłego nazisty i polskiego drobnego przestępcy) boleśnie trąci prozą Kinga.

Opowiadania ratuje poczucie humoru. Można podejrzewać, że od tego zamierzonego, nawet bardziej to nieplanowane, lecz dzięki temu przyjemniej udaje się przebrnąć kolejne strony. Humor prosty i banalny, przez co niezmiernie bliski. W końcu, kto z nas choć przez chwilę nie był fajtłapą?

Powyższe dotyczyły większości opowiadań. Prawdopodobnie jakieś skłonności samobójcze, albo złe słowo kazało Krasnowolskiemu dać na początek „Brudnego Heńka”. Na okładce powinno znajdować się ostrzeżenie, że jeśli chcesz przeczytać całość, nie zaczynaj od pierwszego. Autor od lat przebywający poza granicami miał prawo na tyle stracić kontakt z polską rzeczywistością, że biorąc na warsztat opowieści o ZOMO, wpadł w jakąś przepastną pułapkę własnej ignorancji. Przypomina parodię ni to Bukowskiego, ni to Topora. Zaznaczyć jednak trzeba, że obaj wykorzystywali konwencję na tyle sprytnie, że autentycznie wyrażała konkretne treści. Boleśnie też bije po oczach chęć stania się drugim Pilipiukiem. W konsekwencji wszystko wyszło tak źle, jak tylko zła może być literatura inspirowana strażnikiem teksasu w ubranku Harrego Callahana.

„Afrykańska elektronika” jest dobrą pozycją dla każdego, kto ma ochotę odpocząć od intelektualnych sporów, rosnących opłat oraz korków na ulicach. To też jedna z tych pozycji, które generalnie nie zaśmiecają umysłu zbędnymi dylematami. Niezaprzeczalnym plusem jest również i to, że już po kilku godzinach po lekturze odbiorca niezauważalnie zapomina, że w ogóle coś czytał. Ot, taki intelektualny recycling.
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ okładka
+ humor
+ kilka pomysłów
+ momenty

Minusy:

- nie straszy
- nudzi
- może wywoływać agresję

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -